суббота, 20 мая 2017 г.

Станислав Матрась. В Ичере и Чечуйске Киренского округа Иркутской губернии. Койданава. "Кальвіна". 2017.




    Станислав Леонард, сын Винцента и Юстины из Щурковских, Матрась (Matraś, Матраш) – род. 6 ноября 1836 г. в уездном городе Люблинской губернии Российской империи, в мещанской униатской семье.
    В 1855 г. поступил в духовную семинарию, а после ее окончания в 1860 г был рукоположен в сан священника. Первоначально был викарием в Кшешове над Саном, где активно работал в движении конспиративном январского восстания. В феврале 1863 года его деятельность была раскрыта, однако ему удалось бежать и избежать ареста, но вскоре был схвачен крестьянами в деревне Кульно и отдан русским властям.
    «В Замостье обрили ему голову до половины и погнали в партии ссыльных в Сибирь. На пути к Грубешеву соотечественники одарили их едой, бельем и одеждой. Через Брест, Бельск и  Белосток зашли в Гродно, где смотритель тюрьмы, поляк, Юзефович позволил, чтобы тамошние патриотки Калинкевич, Софья Войно, Ядвига и Леокадия Гурские приходили к ним с помощью. Из Вильно повезли их арестантским вагоном в Санкт-Петербург». /Janik M.  Dzieje polakow na Syberji. Kraków. 1928. S. 335./
    В ссылке кс. Матрась провел 13 лет, затем после получения разрешения властей, поселился в Ростове-на-Дону, затем  в 1881 г. выехал в Австро-Венгрию (Галиция) и поселился в Заложцах, выполняя функции капеллана при Ордене Сестер Милосердия. Издал под псевдонимом несколько дневников из своего сошествия.
    Умер 11 февраля 1917 в Заложцах [Заложцы (укр. Залізці) — посёлок городского типа, Заложцевский поселковый совет, Зборовский район, Тернопольская область, Украина.] и похоронен на приходском кладбище. В Кшешове перед Управлением Муниципалитета находится памятник в честь священника Станислава Matrasia и кшешовских горожан, сосланных в Сибирь за участие в Восстании 1863 года.


    Литература:
    Matraś S. Ze wspomnień Sybiraka. Chicago. 1896. 346 s.
    Matraś S.  Podróż do Syberii po moskiewskich etapach w 1863 i 1864 roku. Opracował i wstępem oparzył Eugeniusz Niebelski. Lublin. 2007. 411 s.
*    Matraś S.  Podróż do Syberii po moskiewskich etapach w 1863 i 1864 roku. Opracował i wstępem oparzył Eugeniusz Niebelski. Lublin. 2008. 411 s.
    Marcin Cybulski. Rosja we wspomnieniach księdza Stanisława Matrasia. // Slavia Orientalis. Nr. 1. 2010. S. 35-46.
    Саня Осетровский,
    Койданава



    Stanisław Leonard Matraś
                           Podróż do Syberii po moskiewskich etapach w 1863 i 1864 roku.
                                                            ROZDZIAŁ III
                                             [Jakuckim traktem do wsi Iczory]
    Do pierwszej wsi za Irkuckiem - Chomotowa przeprowadził nas jeden konwojny żołnierz, a stamtąd już bez żadnego konwoju podążaliśmy z Kwiecińskim jakuckim traktem. Jakkolwiek było to wielkie ryzyko z naszej strony, puszczać się we dwóch bez żadnej broni i wojskowej opieki w nieznane i mało ludne strony, pomiędzy dziki lud, jednakże zdecydowaliśmy się na wszystko, co może nas spotkać w tej niebezpiecznej podróży, byle tylko stanąć jak najprędzej na miejscu nam przeznaczonem, odetchnąć świeżem powietrzem, większą swobodą i wolnością, których byliśmy zupełnie pozbawieni, i odpocząć po czternastomiesięcznej podróży.
    Chociaż posuwaliśmy się żółwim krokiem, bo przez dzień ujeżdżaliśmy zaledwie trzy mile, jednakże piątego dnia dopędziliśmy naszych kolegów, którzy wyszli pieszo z Irkucka. Spotkanie to miało miejsce we wsi Manzurce, w której mieli dzień odpoczynku z powodu Zielonych Świątek. Cieszyliśmy się wzajemnie, że Pan Bóg pozwolił nam jeszcze raz zobaczyć się w tern doczesnem życiu i swobodnie ze sobą pogawędzić. Lecz ta nasza radość niedługo trwała, bo nie wiem z jakiego powodu, eks-oficer rosyjski Raсinowski pokłócił się z Mikołajem Żylińskim i wyzwał go na pojedynek na pistolety. Obydwaj wspomnieni koledzy udali się do miejscowego sklepu, kupili pistolety i potrzebne dodatki, i przybrali sobie sekundantów: Pawła Żylińskiego, Józefa Marcinkiewicza i mego towarzysza podróży Jana Kwiecińskiego. Pojedynek miał się odbyć nazajutrz rano na drodze, gdy opuszczą wieś Manzurkę.
    Zasmuceni tern zajściem, które mogło pociągnąć za sobą śmierć lub kalectwo przynajmniej jednego z pojedynkujących się, także sprowadziłoby na nas karę od moskiewskiego rządu, że nie przeszkodziliśmy tej walce, użyliśmy wszelkich sposobów, ażeby pogodzić zwaśnionych kolegów. Lecz nasze prośby i przedstawienia nie zdołały wcale rozbroić zawziętych i zagniewanych na siebie rodaków. Wprawdzie M. Żyliński, który zostawił w rodzinnym kraju żonę i kilkoro drobnych dziatek, skłaniał się już do zgody i chciał nawet przeprosić przeciwnika, ale Racinowski tak się zajadł, że nie chciał ani słyszeć o zgodzie, a nawet wieczorem tegoż dnia rzucił się na Żylińskiego i zapewne przebiłby go, gdyby brat napadniętego, Paweł, nie wyrwał mu noża z ręki.
    Nazajutrz rano, gdy mieliśmy wyjeżdżać z Manzurki, obaj zapaśnicy oddali swe pistolety Marcinkiewiczowi jako sekundantowi, aby je nabił, i obrawszy miejsce za wsią, wyczekiwał ich przybycia. Ucieszony tym zbiegiem okoliczności, szepnąłem do ucha poczciwemu Józiowi Marcinkiewiczowi, aby jak tylko wyjdzie za wieś, wrzucił oba pistolety do rzeki lub zakopał w ziemię, co też on uczynił.
    Gdy partia złożona z samych Polaków zbliżyła się do wyczekującego na nią Marcinkiewicza, Racinowski zażądał pistoletów, lecz Marcinkiewicz odrzekł z uśmiechem:
    „Oho! nie ma już waszych pistoletów, bo popłynęły do rzeki Angary”.
    Racinowski gniewał się wprawdzie, lecz nie mógł temu zaradzić. Jednakowoż przeciwnicy nie zaniechali pojedynku i dali. sobie słowo honoru, że gdy wrócą do rodzinnego kraju, to wtedy będą się pojedynkować. Bóg jednak pokierował inaczej grzesznymi ich zamiarami, bo Mikołaj Żyliński wkrótce umarł w Syberii w iłgińskiej gminie, a z Racinowskim nie wiem, co się stało. Po załatwieniu tej sprawy, pożegnaliśmy z Kwiecińskim kolegów niedoli i puściliśmy się w dalszą podróż.
    Zbliżywszy się do rzeki Leny, droga prowadząca pomiędzy rzeką i łańcuchem niebotycznych gór Bajkalskich [* Najwyższy szczyt tych gór (nazwany później Górą Czerskiego) ma około 2600 m wysokości.] była tak wąska i ciasna, że z wielką trudnością mógł się przez nią przesunąć parokonny chłopski wózek. W niektórych miejscach włościanie Sybiracy byli zmuszeni wyrąbać u samego podnóża skalistej góry tunel, pod którym przejeżdżało się kawałek drogi.
    Przy głównym trakcie prowadzącym do miasta Jakucka nie ma już wcale etapów, ani też żadnych zajezdnych domów lub restauracji, ale każdy podróżujący musi koniecznie zrobić sobie w Irkucku zapas różnej żywności na całą podróż do samego Jakucka lub odwrotnie, bo w przeciwnym razie mógłby się narazić na śmierć głodową. Podróżujący moskiewscy kupcy, urzędnicy, wojskowi i duchowni nocują, odpoczywają i posilają się zwykle na stacjach pocztowych, a zsyłani aresztanci we włościańskich chatach.
    Pewnego dnia, przed wieczorem, zajechaliśmy na pocztową stację, gdzie mieliśmy zamiar tylko napić się gorącą herbaty i wyruszyć dalej. O tej samej porze nadjechała na owę stację rządowa generalna poczta, którą prowadził urzędnik uzbrojony w rewolwer i pałasz. Poczta składała się z trzech wielkich bryk, każda zaprzężona w trzy konie, i podążała do Jakucka. Konduktor, śpiesząc się bardzo, prosił nas, abyśmy pozwolili mu napić się herbaty z jednego samowara, na co chętnie się zgodziliśmy. Natychmiast po herbacie konduktor wskoczył na bryczkę i poczta ruszyła dalej, my zaś także zabieraliśmy się wyruszyć za pocztą po upływie pół godziny. Tymczasem przyjeżdża konno na stację „jamszczyk” (furman) i krzyczy na całe gardło:
    „Panowie! brodiagi na czwartej wiorście drogi napadli na pocztę i chcą ją zrabować! Jedźcie jak najprędzej na pomoc”.
    W tej chwili wszyscy pocztylioni rzucili się do koni i podążyli na ratunek napadniętemu konduktorowi Brodiagi zaś ujrzawszy zbliżającą się pomoc, odskoczyli od pocztowych bryk i skryli do przyległego lasu, a konduktor pojechał dalej z pocztą.
    Obawiając się, aby brodiagi nie napadli na nas bezbronnych na drodze, zaniechaliśmy tego dnia dalszej podróży i postanowiliśmy tam przenocować.
    Nazajutrz rano przyszło do naszego pokoju kilku pocztowych jamszczyków, a spodziewając się dostać kilkanaście kopiejek na trinkgield [* Trinkgield (żyd.), tu datek na wódkę.], każdy z nich chwalił się, że ma dobre konie i że zawiezie nas w przeciągu dwóch godzin do następnej stacji Na ostatku przychodzi do nas jeszcze jeden stary, siwowłosy furman, oświadczając nam, że ma najlepsze konie, bo młode i tak zwane „bieguny”, na których odbędzie ową część drogi w półtorej godziny. Nie mogąc pozbyć się starego, zgodziliśmy się na jego propozycję i po załatwieniu wszelkich formalności, pożegnawszy gościnnego poczmistrza, ruszyliśmy z kopyta dalej, bo stary furman, mając nadzieję otrzymania sporego napiwku, pędził jak strzała.
    Gdy tak pędzimy, aż tu na czwartej wiorście, właśnie w tern samem miejscu, w którem poprzedniego dnia brodiagi napadli na rządową pocztę, jak na nasze nieszczęście, przełamał się nasz stary, zdezelowany tarantas [* Tarantas (z ros.), czterokołowy powóz na sprężystych listwach zastępujących resory.] (bryczka) na dwoje. Stary woźnica spadł na ziemię pomiędzy przednie dwa koła i tylne nogi końskie, i powlekły go spłoszone konie przez kilka stai [* Staje, stajanie - staropolska miara długości, różna w różnym czasie i okolicach - około 1 km.], zanim nie wyskoczyliśmy z bryczki i nie zatrzymaliśmy biegunów. Następnie uwiązawszy konie do drzewa, poczęliśmy cucić starego woźnicę, który był zakrwawiony i boleśnie potłuczony końskiemi kopytami.
    Gdy załatwiliśmy się z pierwszym opatrunkiem rannego, rozłożyliśmy ogień i wyczekiwaliśmy, azali jaki włościanin nie będzie mimo nas przejeżdżać ku pocztowej stacji Nie mogąc przez kilka godzin doczekać się nikogo, zaproponowałem Kwiecińskiemu, aby poszedł pieszo do pocztowej stacji i zawiadomił poczmistrza o tym fatalnym wypadku, jaki spotkał nas w drodze. Lecz Kwieciński oświadczył mi stanowczo, że sam nie pójdzie tam za nic w świecie, chociaż byśmy mieli stać przez cały dzień na tem samem miejscu. Chcąc przekonać Kwiecińskiego, że nie jestem jemu podobnym tchórzem i nie lękam się wcale bródiagów, ułamałem sobie grubą, sękatą gałąź z jakiegoś drzewa i puściłem się pieszo tą samą drogą do pocztowej stacji. Zaledwie uszedłem jedną wiorstę drogi, ujrzałem brodatego brodiagę, wychylającego się z gęstych krzaków i dążącego z wędą w swym ręku do rzeki Leny łowić ryby. Nie namyślając się długo, zawróciłem się prędko z drogi i biegłem, co tylko mi sił starczyło do miejsca, w którem pozostawiłem towarzysza.
    Gdy stary jamszczyk odpoczął sobie, wsadziliśmy go z wielką trudnością na konia i wysłaliśmy po inną furmankę, która by powiozła nas dalej.
    Po upływie trzech godzin przyjechało do nas dwóch nowych jamszczyków. Jeden z nich miał prosty wóz, na który zabrał połamany tarantas, a drugi przybył z mocnym już wehikułem i powiózł nas do następnej wsi Żygałowa, gdzie spisano przy nas urzędowy protokół, że stary jamszczyk nie przyczynił się wcale do złamania starego pocztowego tarantasu, ale przez długie używanie sam się złamał i obaj podpisaliśmy się własnoręcznie na tym protokóle.
    We wsi Żygałowie kończy się już lądowa droga. Wszyscy podróżni muszą letnią porą odbywać podróż do Jakucka w pocztowych i prywatnych łodziach po rzece Lenie lub też jechać konno po samych jej brzegach. Podróż konna lub w łodziach pozostawiona jest podróżnym do wyboru i upodobania. Kto lęka się płynąć łodzią po Lenie, ten może jechać konno do samego Jakucka. Mój towarzysz podróży lękał się bardzo płynąć małą łodzią po obszernej rzece Lenie, więc bardzo często odbywaliśmy tę drogę wierzchem na dobrych sybirskich rumakach.
    Chociaż gubernialny rząd irkucki wyasygnował dla nas dwóch „progony” (pieniądze na przejazd) na jednego konia, czyli każdemu z nas na pół konia, jednakże dawano nam na wszystkich pocztowych stacjach pięć koni. Na jednym koniu jechałem ja, na drugim Kwieciński, na trzecim nasz konwojnywołostnyj starszyna” (wójt), na czwartym przewodnik, a na piątym koniu składano nasze rzeczy. Takim porządkiem odbywaliśmy razem z Kwiecińskim podróż do karnego zakładu Uskuta. W nocy płynęliśmy łodzią po Lenie, a w dzień jechaliśmy zwykle konno.
    W Uskucie musiałem rozstać się z Kwiecińskim, który był przeznaczony do innej gminy, ja zaś sam jeden popłynąłem dalej łodzią do powiatowego miasta Kireńska, w którem miano mi przeznaczyć wieś w pietropawłowskiej gminie na stałe pomieszkanie.
    Przybywszy do Kireńska, zaprezentowałem się natychmiast naczelnikowi powiatu, którym był naówczas niejaki Gabriel Raczkowski, Polak. Naczelnik przywitał mnie bardzo grzecznie i oświadczył, że przeznaczono mi na mieszkanie w gminie czeczujskiej wieś Iczory, odległą o dwieście osiemnaście wiorst od Kireńska. Prosiłem go, aby pozwolił mi zamieszkać we wsi Czeczujsku, gdzie już przebywało dwóch zesłanych Polaków: Aleksander Mączewski i Karol Kabat. Lecz pan Raczkowski nie uwzględnił mej prośby i oświadczył mi wyraźnie, że muszę mieszkać we wsi Iczorach, bo otrzymał od wyższej swej władzy rozporządzenie, żeby wybrał dla mnie jak najmniejszą i najuboższą wieś, jaka jest w kireńskim powiecie i mnie w niej samego pomieścił.
    Otrzymawszy w ziemskim sądzie potrzebne dokumenta i pieniądze na dalszą podróż, pożegnałem pana Raczkowskiego, wsiadłem z moim stróżem starszyną i dwoma przewodnikami do małej łodzi i popłynęliśmy dalej po największej w Syberii rzece Lenie do miejsca mojego 9 osiedlenia.
    Podróż po rzece trwała dwa tygodnie, a była nadzwyczaj niewygodna, męcząca i niebezpieczna. Powodem zaś tego było nasamprzód, że dawano nam na wszystkich nadleńskich pocztowych stacjach bardzo małą łódź, w której z wielką trudnością mogły się pomieścić cztery osoby Po wtóre, że słońce paliło jak ogniem przez cały dzień, a wieczorem i w nocy kąsały bez miłosierdzia miliardy komarów, których od łodzi nie można było odpędzić. Dlatego i też byliśmy zmuszeni palić mokrem drzewem na łodzi przez całą noc ogień, który swym gęstym dymem rozpraszał i odpędzał jako tako tych dokuczliwych napastników.
    Gdy upłynęliśmy około trzech wiorst drogi do Kireńska, przewodnikom zdawało się, że woda jest głębsza i bystrzej płynie około górzystego i skalistego brzegu, dlatego skierowali tak łódź, nie zważając na protest starszyny, który radził im trzymać się środkowego koryta rzeki. Zaledwie minęliśmy najwyższą górę, wtem obrywa się ogromny kawał skały i wpada z ogromnym impetem i hukiem do rzeki, tak że spieniona woda podrzuciła naszą małą łódź do góry. Gdybyśmy się byli spóźnili tylko trzy minuty, to oberwana ziemia zasypałaby nas i zagrzebałaby na wieki w nurtach Leny. Lecz Bóg dobry, który opiekuje się najmniejszem stworzeniem, miał i nas w świętej swej opiece i zachował nas wszystkich od nagłej i niespodziewanej śmierci, za co wszyscy podziękowaliśmy Mu i płynęliśmy już dalej środkiem rzeki.
    Letnią porą bywają nad rzeką Leną takie wielkie i gęste mgły, że trudno zobaczyć o kilka kroków idącego człowieka lub jaki przedmiot Będąc ogromnie znużony tą uciążliwą podróżą, czwartego dnia po opuszczeniu Kireńska nad samem ranem zdrzemnąłem się, a po chwili na dobre usnąłem i nie słyszałem nawet jak nasza łódź przybiła do brzegu i zatrzymała się przy nim. Tutaj obudził mnie ze snu starszyna, wołając:
    „No, pan! wstawajcie, bo przypłynęliśmy już do wsi Iczory, w której macie sobie przeznaczone miejsce na osiedlenie”.
    Zerwałem się na równe nogi i począłem rozglądać się wokoło z ciekawością, chcąc dostrzec, jak wielka jest ta wieś. Lecz wskutek gęstej mgły nie mogłem swych chęci zadowolić. Tymczasem starszyna wziął moją podróżną torbę, wysiedliśmy na lewy brzeg rzeki i udaliśmy się do pocztowego domu, w którym mieszkali sami chłopi pocztylioni i stróż imieniem Warywon, Rusin rodem z chersońskiej guberni, nazywany powszechnie „Kumornikiem”. Pragnąc napić się gorącej herbaty, prosiłem owego stróża o gorący samowar, co też chętnie uczynił.
    Gdy napiliśmy się herbaty, a i mgła opadła, wyszedłem na dwór obejrzeć wieś, w której sądzono mi było mieszkać z dala od cywilizowanego świata, w najsurowszym klimacie, między barbarzyńskim ludem. I jakiż widok przedstawił się mym oczom?
    Oto maleńka i uboga wiosczyna, składająca się zaledwie z ośmiu nędznych chat, niepokrytych nawet dachem, rozrzucona była nad rzeką. Nieopodal mała kapliczka, dom pocztowy i kilka chłopskich łaźni stanowiły całe zabudowanie Iczory. Ujrzawszy to, rozpacz mnie ogarnęła, boleść ścisnęła me serce i zapłakałem pierwszy raz w życiu nad moją niedolą i na samo wspomnienie, że może przyjdzie się tu przeżyć długie lata, a nawet umrzeć bez pociechy religijnej. Dopóki byłem w towarzystwie kilkunastu rodaków, słyszałem ojczystą mowę, to nie czułem swego smutnego położenia, ale gdy zostałem sani jeden, wtedy poznałem, co to jest za okropność dla człowieka być pozbawionym odpowiedniego towarzystwa i ojczystej mowy.
    Westchnąwszy potem gorąco do Boga i podziękowawszy mu za tę łaskę i dobrodziejstwo, że doprowadził mnie szczęśliwie i bez żadnego kalectwa do celu podróży, powróciłem na pocztę i kazałem poczciwemu Warywonowi wezwać do siebie naczelnika wsi Iczory, zwanego tam dziesiętnikiem, aby wskazał mi, gdzie najwygodniej mógłbym zamieszkać.
    Wkrótce zjawił się naczelnik wsi Iczory, ubrany w podarte i dziurawe łachmany, boso, z grubym kijem w ręku i wielką naroślą (zob, wole, guz) pod brodą na szyi. Obszedłem z nim po kolei wszystkie ośm domów i zauważyłem, że z tych kilku domów będzie dla mnie najodpowiedniejszy dom gospodarza Mikołaja Berezowskiego, gdyż mieszkały w nim cztery tylko dorosłe osoby i nie było wcale drobnych i małych dzieci.
    Na moje szczęście wszyscy gospodarze wsi Iczory byli to potomkowie dwóch polskich rodzin pochodzących z Mazurów, zesłanych przed kilkudziesięciu laty do Syberii na osiedlenie. Jakkolwiek teraźniejsi mieszkańcy byli już wyznawcami prawosławnej religii, jednakże nie wypierali się swego pierwotnego pochodzenia i rodowodu, ale owszem szczycili się z niego, że pradziadowie ich byli Polakami i mówili po rosyjsku w podobny sposób, jak w naszych stronach Mazurzy mówią po polsku, że przez całe dwa tygodnie nie mogłem zrozumieć ich mowy, chociaż posiadam rosyjski język. Wspomniane te dwie rodziny zostawały nawet ze sobą w bliskiem bardzo pokrewieństwie i nie zawierały pomiędzy sobą związków małżeńskich, ale kawalerowie żenili się zwykle, a panny brały sobie mężów z drugich wsi.
    Cztery rodziny mieszkające w czterech domach nazywały się Berezowskiemi, a drugie cztery rodziny Osieckiemi. Największą powagą i dygnitarzami tej małej wioski byli naczelnik, prosty chłop wyżej opisany, zwany też dziesiętnikiem i ponomar (coś w rodzaju organisty i razem zakrystiana) imieniem Milentij.
    Lud mieszkający nad brzegami rzeki Leny ma miłą i przyjemną fizjonomią, ale szpecą go bardzo „zoby”, to jest wielkie narośle, czyli guzy, które są takiej objętości, jak nadęty bydlęcy pęcherz i otaczają całą szyję [* Zob (ros. - wole - powiększenie gruczołu tarczycy wywołane m. in. niedoborem jodu w organizmie.]. Każdy dorosły człowiek, a czasem i małe dzieci dostają takiego obrzęknienia, które na pierwszy widok wzbudzają obrzydzenie. Patrząc na te obrzydliwe ich zoby, nie mogłem w żaden sposób jeść ani też pić herbaty, bo pobudzały mnie zaraz do wymiotów, ale musiałem za każdym razem wychodzić ze swym skromnym posiłkiem z izby do sieni i tam jadłem. Brzydziłem się nawet zaczerpnąć szklankę wody z tego naczynia, z którego oni pili, i sam nosiłem ją sobie z rzeki Leny płynącej o sto pięćdziesiąt kroków.
    Kiedy zbliżałem się do tego wolastego narodu, to Sybiracy mieszkający w makarowskiej gminie ostrzegali już mnie, abym nigdy nie pił nieprzegotowanej wody z rzeki Leny, ponieważ ta woda jest przyczyną owych zobów.
    Jeden z więźniów Polaków, niejaki Ludwik Zaremba, kasjer z miasta Końskie, chciał się przekonać, czy wspomniana woda rzeczywiście jest szkodliwa i zrobił na sobie samym próbę; pił ją więc zimną, a po kilka miesiącach dostał także duże obrzęknięcie gardła, którego już trudno się pozbyć.
    Otóż dotknięci tą chorobą okrywają w zimie swe zoby zajęczemi lub wiewiórczemi skórami, uszytemi w rodzaju damskich „boa”. Jak się czasami biją ze sobą, to chwytają rękami za swe wielkie podgardla i wodzą się jak jędory. Wskutek takiego szpecącego kalectwa rząd rosyjski nie bierze ich wcale do wojska, ale muszą za to pełnić obowiązki pocztowych woźniców na całym przyleńskim trakcie, jako też w lecie wozić łódkami przejeżdżających podróżnych.
    Nadleńscy włościanie są w ogóle bardzo biedni, mają mało ornego gruntu, na którym zasiewają owies, groch i sadzą kartofle. Rząd rosyjski jest zmuszony każdego roku dostarczać im z okolic Irkucka pszenicę i żyto na chleb. Zajmują się wyłącznie polowaniem na różnego zwierza i rybołówstwem. Bydła i owiec chowają także niewiele, bo niedźwiedzie tępią je i pożerają.
    Życie moje w onej wsi było bardzo nędzne i rzec nawet można opłakane. Przez całe cztery miesiące posiłek mój składał się tylko z jęczmiennego, a rzadko żytniego chleba, cegiełkowej herbaty i małych rybek, które sam ułowiłem na wędkę. Nie mając najmniejszego zajęcia, ani też książek do czytania prócz brewiarza, rubrycelli i małej książeczki „Naśladowanie Chrystusa Pana” Tomasza a Kempis, chodziłem najczęściej nad brzegami Leny, łowiłem na wędkę małe rybki, śpiewałem różne kościelne lub patriotyczne polskie pieśni, rozmawiałem sam z sobą po polsku, obawiając się bym nie zapomniał ojczystego języka. Gdy gospodarze moi rozpoczęli sianożęcie, chodziłem z nimi co dzień na łąki grabić, suszyć i w kopy składać siano. Jeździłem z gospodarzem do lasu po drzewo na opał, łowiłem z nim siecią ryby, odwiedzałem w lesie sidła zastawione przez gospodarza na zające i wiewiórki; słowem, wynajdywałem sobie różne zajęcia, aby nie nudzić się i nie tracić na próżno drogiego czasu, bo jak przekonałem się, że bez zajęcia z nudów można dostać pomięszania zmysłów.
    Włościanie tamtejsi odbywają wszelkie podróże latem na łodziach, a zimową porą w saniach. W tamtych stronach ludzie nie mają najmniejszego pojęcia o naszych czterokołowych polskich wozach i bryczkach, a tem bardziej się dziwili, gdy im opowiadałem o kolejach żelaznych, o balonach i innych środkach lokomocji używanych przez ucywilizowane narody. Otóż słuchając mego opowiadania, często mawiali:
    „Panie Boże! jakież to są dziwne rzeczy na świecie, a my nic o nich nie wiemy!”
    W letnich miesiącach noce tam są już bardzo krótkie i zaledwie tylko trzy godziny trwają, dlatego też upały wśród dnia bywają bardzo dokuczliwe. Z tej też przyczyny moi gospodarze sypiali w śpichłerzu, a ja nocowałem sam jeden w chacie, która nie zamykała się wcale na żaden zamek lub nawet haczyk i w każdym czasie można było do niej wejść.
    Po upływie trzech miesięcy mojego tam pobytu, pewnej nocy, gdy sobie w najlepsze spałem, zostałem rozbudzony wejściem trzech jakichś białych postaci, z których jedna zapytała:
    „Czy tu mieszka polityczny więzień Polak?”
    Gdy ochłonąłem z przestrachu i przetarłem oczy, zapytałem owych nieproszonych gości, po co tu przyszli i dlaczego niepokoją mnie wśród nocy?
    Wtedy jeden z nich odrzekł:
    „Jestem żandarmski pułkownik Duwing i przybyłem się dowiedzieć, co pan tu robisz, czem się zajmujesz i czy który z tutejszych włościan nie wyrządził panu jakiejkolwiek bądź krzywdy?”
    Poznawszy po białem letniem ubraniu w osobach przybyłych trzech żandarmów, wstałem prędko z łóżka, włożyłem na siebie palto, zapaliłem świecę i następnie w prowadzonej z pułkownikiem rozmowie uskarżałem się przed nim, że gubernialny rząd irkucki nie daje mi ani jednej kopiejki na utrzymanie i przeznaczył mnie do takiej nędznej i ubogiej wiosczyny, gdzie nawet do najcięższej roboty nająć się nie można, tak że z głodu nawet lub z nudów umrzeć można.
    Pułkownik Duwing wypytywał mnie bardzo obszernie o wszystko, a mianowicie: z której pochodzę guberni, czy zostawiłem w rodzinnym kraju rodziców lub innych krewnych. Czy otrzymuję od nich listy lub pieniądze. I w końcu prosił grzecznie, abym mu pokazał wszystkie moje książki i papiery, jakie posiadam. Ponieważ miałem tylko trzy książeczki, o których już powyżej wspominałem, i dwa listy od matki otrzymane w drodze, więc wskazałem mu na okno, gdzie ta cała moja biblioteka była umieszczona.
    Po odbytej tej formalności, jaką wszyscy moskiewscy policyjni urzędnicy praktykują, prosiłem pułkownika, czy nie mógłbym zamieszkać w samej gminie we wsi Czeczujsku, w której mieszkało dwóch zesłanych Polaków, lecz pan Duwing objaśnił mi, że to nie zależy od niego, tylko od generał-gubernatora. Gdy powiedziałem mu, że jestem katolickim księdzem z lubelskiej guberni i mam tam rodziców, braci i siostry, pułkownik oświadczył mi, że zna dobrze Królestwo Polskie, bo mieszkał tam przez kilka lat, a nawet zna osobiście żandarmskiego pułkownika Masłowskiego mieszkającego w Lublinie. Radził mi w końcu, abym przesłał wszystkie moje listy do rodzinnego kraju, adresując na jego ręce, a on ze swej strony odeszle prosto do Lublina na ręce owego Masłowskiego dla doręczenia moim rodzicom, a tym sposobem będę mógł prędzej komunikować się z moją rodziną.
    Wkrótce potem skorzystałem z jego rady: posłałem na ręce Duwinga dwa listy do swojej matki, która otrzymała je w stosunkowo bardzo krótkim czasie, bo w cztery tygodnie, i przysłała mi do wsi Iczory trzydzieści rubli.
    Ale wróćmy jeszcze do odwiedzin pułkownika Duwinga, który pożegnawszy mnie, powrócił do swej berlinki [* Berlinka - płaskodenny, bezpokładowy statek rzeczny, używany do przewozu towarów.], kołyszącej się na rzece Lenie, tam wezwał do siebie wszystkich gospodarzy naszej małej wioseczki, wypytywał i badał ich o mojem sprawowaniu się i wszelkich czynnościach. Między innemi zapytywał pułkownik, jaką ja noszę czapkę. Zapytani gospodarze dali o mnie jak najlepsze świadectwo, co zaś do czapki, to odrzekli, że noszę taką sarnę, jaką noszą wszyscy sybirscy włościanie.
    Potem pułkownik, jak sami gospodarze opowiadali mi, wyjął ze swojej podróżnej walizy białą, polską konfederatkę z czarnym barankiem, pokazał ją chłopom zapytując, czy nie widzieli u mnie podobnej. Lecz ci odpowiedzieli, że podobnie ładnej czapki nie tylko u mnie, ale nawet nigdzie w swojem życiu nie widzieli.
Ta konfederatka, jak się później dowiedziałem, została skonfiskowaną przez Duwinga braciszkowi Feliksowi Kułakowskiemu, z zakonu kamedułów na Bielanach pod Warszawą, zesłanemu na osiedlenie do makarowskiej gminy, kireńskiego powiatu. Otóż pułkownik, zrobiwszy u Kułakowskiego rewizję i znalazłszy konfederatkę, zapytał go, skąd przyszedł do posiadania takowej? Kułakowski, nie namyślając się długo, odpowiedział, że papież Pius ix posłał takie czapki wszystkim księżom i klerykom zesłanym na Syberię.
    Pułkownik, chcąc się o prawdzie tych słów przekonać, pokazał czapkę włościanom wsi Iczory, aby tym sposobem i u mnie skonfiskować, jeżeli takową posiadam, ponieważ był to owoc surowo zakazany w Królestwie Polskiem i w zabranych prowincjach.
    W kilka dni po wizycie żandarma Duwinga, spożywając z rana moje skromnie śniadanie, spostrzegłem przez okno jakiegoś bogatego, w podeszłym wieku sybirskiego kupca, który wkrótce wszedł do naszej chaty i pozdrowiwszy nas, jął wypytywać się, czy nie ma czego na sprzedaż. Lecz gospodyni odrzekła na to:
    „Nie mamy nic do sprzedania, bo jesteśmy bardzo biedni. Ledwo możemy się wyżywić tutaj, gdyż niedźwiedzie duszą nam często bydło i małe cielęta, dlatego też nie możemy dochować się ani jednej sztuki na sprzedaż”.
    Podczas rozmowy kupiec zwracał często swój wzrok na mnie i w końcu odezwał się po rosyjsku do mnie:
    „Zapewne pan nie jesteś tutejszym stałym mieszkańcem, ale musisz być cudzoziemcem?”
    „Tak jest - odpowiedziałem - jestem Polakiem, politycznym więźniem, którego rosyjski rząd zesłał tu na osiedlenie, abym umarł głodową śmiercią”.
    „A może jesteś pan katolickim księdzem S... M...?” - rzecze do mnie po polsku kupiec.
    Gdy otrzymał potwierdzającą odpowiedź, zerwał się z ławy, podbiegł do mnie, zaczął mnie ściskać i całować, a w końcu rozpłakał się jak dziecko, tak że dobrych kilka chwil upłynęło, zanim przyszedł do siebie i potrafił mi objaśnić, że on jest także Polakiem, katolikiem i wygnańcem, rodem z Litwy, że się nazywa Adrian Nowicki i ma własny swój sklep bławatnych i korzennych towarów w mieście Olekmie, niedaleko Jakucka.
    Następnie zaprosiłem czcigodnego starca na herbatę i zaczęliśmy ze sobą rozmawiać o różnych rzeczach. Nowicki opowiadał mi, że mieszka w Syberii przeszło trzydzieści lat, czyli od roku 1831 [* W tekście pierwotnym był wpisany rok 1821; zapewnie błędny w zestawienia z przeszłotrzydziestoletnim pobytem Nowickiego na Syberii.], ożenił się tamże, a teraz wraca z Irkucka, dokąd jeździł po różne świeże towary do swego sklepu. Nadto nadmienił, że odwiedził kilkunastu politycznych więźniów Polaków zamieszkałych przy samej rzece Lenie i znajomego mi hrabiego Walickiego w Wiercholeńsku, który prosił go, aby mnie odszukał i pozdrowił w imieniu hrabiego.
    Podczas tej pogadanki, Nowicki rzekł do mojej gospodyni:
    „Gosposiu! schodźcie do berlinki, która stoi u brzegu rzeki i powiedźcie memu synowi lub subiektowi, aby przyniósł tutaj wszystko, co przygotowałem”.
    Gospodyni udała się do berlinki i wkrótce zjawił się do nas subiekt, który przyniósł dziesięć funtów cukru i dwa funty herbaty, a Nowicki sam mi je wręczył, jako podarunek.
    Potem czcigodny starzec, uśmiechając się, rzekł do mnie:
    „Ksiądz dobrodziej poczęstował mnie cegiełkową herbatą, teraz ja proszę księdza do mojej berlinki na herbatę, a może u mnie znajdzie się lepsza i smaczniejsza” Gdy obydwaj wyszliśmy z chaty na pastwisko, Nowicki wyjął z kieszeni dziesięciorublowy banknot i wetknął mi takowy do ręki. Nie chciałem od niego przyjąć tych pieniędzy i na powrót mu je oddawałem, dziękując mu za jego życzliwość i dobre chęci. Lecz on nawet nie chciał słyszeć o zwróceniu mu pieniędzy i rzekł:
    „Chodźmy, księżuniu, prędzej do mojej berlinki, bo herbata ostygnie”.
    Kiedy piliśmy herbatę, moja gospodyni przyszła tam także, aby kupić kawałek prostego mydła. Nowicki, poznawszy ją, dał jej spory kawał mydła i rzekł:
    „Gosposiu! macie za darmo ten kawałek mydła, a tutaj wam daję drugi większy, ten ofiaruję dla waszego pana. Pamiętajcie, żebyście za to mydło prali darmo jego bieliznę i nie żądali od niego zapłaty”.
    Gospodyni, niezmiernie ucieszona tą niespodzianką, podziękowała poczciwemu kupcowi za podarunek, powróciła do domu i odtąd prała darmo moją bieliznę.
    Pogawędziwszy przeszło dwie godziny z czcigodnym rodakiem, pożegnaliśmy się ze łzami w oczach. On popłynął swoją piękną berlinką do Olekmy, a ja stałem przez długi czas nad brzegiem Leny, spoglądając na oddalający się statek, na pokładzie którego stojący Nowicki żegnał mnie, powiewając słomianym kapeluszem, a na koniec zniknął mi z oczu za horyzontem.
                                                                                 *
    Rząd rosyjski, chcąc zaprowadzić jakiś ład i porządek pomiędzy kilkunastu tysiącami politycznych zesłańców Polaków, ustanowił w Irkucku oddzielną kancelarię, czyli biuro przeznaczone wyłącznie dla spraw Polaków. Zaprowadził w niem ścisłą cenzurę, przez którą musiały przechodzić wszystkie listy i korespondencje przysyłane ze starego kraju pod adresem zesłanych Polaków lub odwrotnie. Nadto wydał rozporządzenie, aby wszelka taka korespondencja była prowadzona w rosyjskim języku; i to tylko cztery razy do roku można było pisywać do kraju, a mianowicie: w pierwszych dziesięciu dniach miesiąca stycznia, kwietnia, lipca i października. Dalej rząd zabronił pod najsurowszą karą opisywać w listach zwyczaje i obyczaje sybirskich narodów, jako też czem się kto z nas trudni i z czego żyje, wszelkich krzywd i awantur, jakie spotykały nas w drodze lub na miejscu. Wolno było donieść swej rodzinie, gdzie kto mieszka, czy jest zdrów lub chory i czego mu potrzeba, jak na przykład: garderoby, bielizny lub pieniędzy. Taką to instrukcję każdy więzień stanu, Polak, musiał przeczytać i własnoręcznie się podpisać, że zastosuje się do niej; gdyby zaś napisał co przeciwnego owej instrukcji, to będzie mu wzbronionem posyłanie listów do rodziny i zostanie oddany pod sąd.
    Taki stan rzeczy trwał przez pierwsze dwa lata, to jest przez 1864 i 1865 rok. Potem pozwolono nam częściej korespondować, nawet w polskim języku i udzielić swej rodzinie więcej wiadomości z Syberii.
    Każdy Polak oddawał swój list w niezapieczętowanej kopercie do gminnej kancelarii, z gminy odsyłano go naczelnikowi powiatu, ten zaś wysyłał znowu już kilkanaście takich listów razem do irkuckiej kancelarii, gdzie dobrze płatny cenzor je czytał. Jeżeli cenzor nie znalazł w liście nic zabronionego, to oddawał go na pocztę, zaś w przeciwnym razie niszczył go lub zwracał właścicielowi Dosyć tego, że nasze listy, nim dostały się do pocztowej skrzynki, musiały najmniej przez miesiąc czasu błąkać się od Annasza do Kajfasza. Listy przysyłane do nas z rodzinnego kraju odbywały taką samą podróż.
    Jeżeli cenzor wyczytał w liście do zesłanej osoby jaki tytuł, na przykład: hrabia, pan, ksiądz itp., to zamazywał ten wyraz tuszem lub atramentem, jako też wszystkie inne wiadomości udzielane nam przez rodzinę, które mogły sprawić nam jakąś przyjemność, pociechę lub nadzieję rychłego powrotu do rodzinnego kraju.
                                                                                 *
    We wschodniej Syberii przy końcu miesiąca września ustają zwykle wszelkie roboty w kopalniach złota i zastój ten trwa aż do dnia i kwietnia. Otóż gdy zbliża się czas zakończenia robót i robotnicy mają opuszczać złotodajną ziemię, i powracać na zimę do swego domowego ogniska, wówczas zjeżdżają się do kopalni złota różni rosyjscy urzędnicy i wojskowi, jako to: naczelnik powiatu, jego pomocnicy, wójci, sołtysi i żandarmski pułkownik lub kapitan. Pod ich to kontrolą przedsiębiorcy prywatni złotodajnych kopalni załatwiają rachunki ze swymi robotnikami i wypłacają im pieniądze za półroczną pracę.
    Po skończonych tedy rachunkach wspomniani wyżej urzędnicy rozbierają zaraz każdego po kolei robotnika do naga, rewidują go jak najściślej, czy czasami gdzie nie ukrył kawałka złota, a nie znalazłszy nic przy nim, dopiero, wtedy pozwalają mu iść do domu. Jeżeli zaś znajdą u którego robotnika chociaż małą odrobinę złota, to spisują zaraz protokół, gdzie i jak dawno znalazł to złoto, aresztują go, zakuwają w dziesięciofuntowe kajdany na obie nogi i odsyłają pod ścisłą strażą na kilka lat do karnego zakładu do ciężkich robót za Bajkał.
    Nudząc się jak najokropniej po całych dniach bez żadnego zajęcia i odpowiedniego towarzystwa, pożyczyłem skrzypce od pocztowego stróża Warywona i wygrywałem na nich po kilka godzin. Pewnego dnia nad wieczorem, po kilku innych sztuczkach, zagrałem mazura Chłopickiego i nie zauważyłem, że kilku robotników powracających z kopalni złota przechodziło w tym samym czasie przez wioskę Iczory i słyszało mnie grającego na skrzypcach. Zaledwie przestałem grać, wchodzi dwóch robotników do naszej chaty i pozdrowiwszy mnie, proszą, abym im zagrał tę sarnę sztuczkę, bo bardzo im się podobała. Wymawiałem się przed nimi, że nie umiem dobrze grać, że gram tylko ze słuchu dla zabicia czasu i z nudów. Lecz te wszystkie moje wymówki na nic się nie zdały i w końcu musiałem ulec ich wprawdzie bardzo grzecznym prośbom. Kiedy zagrałem im owego mazura kilka razy i położyłem skrzypce na łóżku, robotnicy podziękowali mi serdecznie i jeden z nich położywszy rubla, a drugi dwa rubli na stole, rzekli:
    „To za wasze trudy. Bądźcie zdrowi!” I szybko wynieśli się z izby, tak że nie miałem nawet czasu zorientować się i oddać im na powrót położone na stole trzy ruble.
    W pół godziny potem jeden z tych dwóch robotników powraca do mnie, oświadczając, że jest także Polakiem i katolikiem, nazywa się Szymański, rodem z Królestwa Polskiego, augustowskiej guberni, i opowiada mi, że gdy usłyszał mnie grającego, na skrzypcach mazura, to z wielkiej radości aż rozpłakał się i nie mógł pojąć, kto by to grał polskiego tańca w takiej nędznej wioseczce. Chciałem poczciwemu rodakowi zwrócić trzy ruble, ale nie przyjął i pogawędziwszy ze mną godzinę czasu, udał się w dalszą podróż do swej gminy około miasta Kireńska, w której stale mieszkał jako posieleniec.
                                                                                 *
    Isprawnik [* Isprawnik - naczelnik powiatu.] Raczkowski, będąc zawiadomionym przez kilku swych zaufanych gminnych pisarzów, że irkucki żandarmski pułkownik Duwing wizytował wszystkich więźniów Polaków mieszkających nad rzeką Leną, chciał się dowiedzieć od samych Polaków, w jakim głównie. celii przyjeżdżał do nich żandarmski pułkownik w takie odległe strony, co mówił i o co się pytał. Wybrał się więc sam w podróż, jeździł od jednej do drugiej wioski i badał każdego w tej materii, gdyż isprawnik. lękał się, aby który z zesłańców nie zaskarżył go przed Duwingiem.
    Włościanie wsi Iczory dowiedziawszy się, że Raczkowski jest już na ostatniej pocztowej stacji i wkrótce przybędzie do nich, zaczęli we wsi robić różne porządki: zamiatali ulicę, podwórza i chaty, usypywali drogę i ścieżki żółtym piaskiem, wyrzucali na brzeg rzeki różne śmiecie i skorupy itd. Wszyscy bowiem chłopi w kireńskim powiecie lękali się ogromnie Raczkowskiego, ponieważ wiedzieli dobrze, Źe gdyby isprawnik spostrzegł u którego z nich brudy i nieporządek około mieszkalnego domu, to nie puści mu płazem tego, ale wygrzmoci go zaraz kijem porządnie. Kobiety również lękały się Raczkowskiego, bo ten kazał im za niechlujstwo w kobiecem gospodarstwie zamiatać za karę ulicę lub też nosić w worku piasek znad brzegu rzeki do wysypywania drogi.
    Gdy isprawnik przypłynął w swej berlince do naszej wsi, wszyscy gospodarze i pocztowi woźnice wyszli zaraz nad rzekę na spotkanie jego. Ja zaś, mając wielki żal do tego powiatowego dygnitarza, że przeznaczył mnie na mieszkanie najmniejszą i najbiedniejszą wioskę, jaka się znajdowała w kireńskim powiecie, postanowiłem nie widzieć się z nim wcale. Dlatego też wyszedłem śpiesznie ze swej chaty, skryłem się za jedną z chłopskich łaźni i obserwowałem z daleka wszystkie jego ruchy.
    Kiedy isprawnik wysiadł z łodzi, wszyscy chłopi pozdejmowali zaraz czapki i nisko się pokłonili jemu. Isprawnik nasamprzód zapytał ich, w którym domu mieszkam, i gdy ci wskazali mu, zaraz ruszył tam. Gospodyni moja z dwiema siostrami ze strachu przed srogim urzędnikiem schowała się szybko do piwnicy i tam siedziała aż do jego wyjazdu ze wsi, ja zaś wyszedłem z swojej kryjówki i udałem się do domu na spotkanie tegoż.
    Gdy wszedłem do chaty, trzymając miedziany imbryk w ręku napełniony wodą z Leny, Raczkowski przywitał się ze mną bardzo grzecznie, podał mi rękę, zarekomendował swego towarzysza, doktora kireńskiego powiatu. Następnie poczęstowawszy mnie swym papierosem, zapytywał, czy nie przykrzy mi się tutaj, czem zajmuję się i czy mam jakie pieniężne zasoby do utrzymania się.
    Odpowiedziawszy isprawnikowi stosownie do okoliczności na te pytania, prosiłem go, aby pozwolił mi zamieszkać w samej petropawłowskiej gminie we wsi Czeczujsku, w której, jak już wspominałem, mieszkało dwóch Polaków, i przedstawiłem mu wielkie nudy, a także krytyczne finansowe moje położenie. Isprawnik, wysłuchawszy mego utyskiwania, rzekł do mnie w te słowa:
    „Niech ksiądz poda prośbę na moje ręce do generał-gubernatora Korsakowa, ja zaś z mej strony dam dobrą opinię o księdzu, a ręczę za to słowem honoru, generał-gubemator uwzględni tę prośbę i pozwoli księdzu zamieszkać w żądanej wsi”.
    Podziękowałem Raczkowskiemu za życzliwe jego serce i dobrą radę, przeprowadziłem go do samej berlinki i pożegnałem.
    Nazajutrz z rana zabrałem się natychmiast do napisania owej prośby i wysłałem ją drogą poleconą mi przez isprawnika. Ponieważ we wsi Iczory nie było poczty, tylko mały chłopiec zwykle woził konno w skórzanej torbie wszelkie listy i rządowe dokumenta z jednej gminy do drugiej, więc jeszcze musiałem cały tydzień czekać na tę wiejską pocztę, aby doręczyć jej moje pisanie.
    Otóż generał-gubemator, otrzymawszy moją prośbę, nie tylko uwzględnił ją, ale w dodatku jeszcze zamianował mnie nauczycielem całej petropawłowskiej gminy. Wieść zaś o takowej łasce dosięgła mnie w następujący sposób:
    Pewnego dnia, siedząc sam jeden w chacie, spostrzegłem nieznajomego Sybiraka, który wszedł wkrótce do izby i oświadczył, że jest gminnym starszyną przysłanym przez samego isprawnika z rozkazem, abym pojechał z nim do Czeczujska ze wszystkiemi mojemi mąnatkami. Ucieszony tą wiadomością, zebrałem prędko swoje rzeczy i wyjechaliśmy po dwóch godzinach czasu do Czeczujska.
                                                                     ROZDZIAŁ IX
                                                           [Na osiedleniu w Czeczujsku]
    Zbliżając się do wsi Сzeczujska, spotkałem w drodze pana Raczkowskiego, który jechał do sąsiedniej wioski w jakimś ważnym interesie, a poznawszy mnie, przywitał i prosił mnie, abym zaczekał na niego w gminnej kancelarii.
    Gdy powrócił wkrótce, oznajmił mi urzędownie o rozporządzeniu generał-gubernatora i nominacii mojej nauczycielskiej, chociaż szkoły tam żadnej nie było i zapewne dotychczas jej nie ma. Nadto isprawnik doręczył mi osobiście sto dziesięć rubli i trzy listy nadesłane z rodzinnego kraju, i radził, abym zamieszkał w jednym domu z Mączewskim i Kabatem, bo jakby czeczujscy chłopi dowiedzieli się, że posiadam pieniądze, to mogliby mnie okraść lub nawet zamordować.
    Podziękowałem serdecznie poczciwemu Raczkowskiemu za wyświadczone mi dobrodziejstwa, jako też za udzielenie dobrej rady i pożegnawszy go, udałem się do moich rodaków, gdzie też zamieszkałem.
    Czeczujsk była to wieś bez porównania większa niż Iczory. Było w niej dwadzieścia osiem mieszkalnych domów, drewniana prawosławna cerkiew, gminny urząd i dwie karczmy.
    Rodacy moi ucieszyli się niezmiernie z mojego przybycia do wsi Czeczujska, bo wyczerpali wszelkie środki do dalszego utrzymania, nie mieli kompletnie z czego żyć i zrobili jeszcze długu trzydzieści rubli. Nasamprzód tedy popłaciłem ich długi, następnie kupiłem kilka pudów żytniej mąki na chleb, kilkanaście funtów jęczmiennych krup na kaszę, trzy worki kartofli, parę funtów masła, kilkanaście jaj i dwa sążnie drzewa na opał. Ponieważ przywiozłem ze sobą dziesięć funtów cukru i dwa funty herbaty, które dał mi jeszcze we wsi Iczory poczciwy kupiec Nowicki, więc tym sposobem zaopatrzyliśmy naszą spiżarnią na parę miesięcy.
    Przybywszy na mieszkanie do wsi Czeczujska, cokolwiek ożyłem, a to z tej przyczyny, że miałem już dwóch swych rodaków, z którymi mogłem po polsku rozmawiać. Nadto we wspomnianej wyżej wsi był już większy ruch, życie i odpowiednie towarzystwo, bo mieszkało w niej kilka inteligentnych osób, a mianowicie: dwóch prawosławnych popów, jeden z nich staruszek eks-proboszcz czeczujskiej parafii, ciemny zupełnie na obydwa oczy, a drugi młody Iwan Afanasiewicz Ponomarew, proboszcz tejże parafii. Dalej poczciwy Iwan Krasikow, zasiedatiel; Iwan Tierentiewicz Pugaczew, pełnomocnik bogatych dwóch kupców Katyszewcowa i Baśnina, utrzymujących swym kosztem dwustu robotników, którzy trudnili się wydobywaniem z małych rzeczek złota w witymskiej gminie kireńskiego powiatu; gminny pisarz Gregorij Romanowicz Pierzymskoj; eks-pisarz tejże gminy Lubliński i jeden kupiec, którego nie przypominam sobie nazwiska.
    Aby zaś nie tracić na próżno drogiego czasu, wszyscy trzej wynaleźliśmy dla siebie odpowiednie zatrudnienie. Mączewski robił papierosy na sprzedaż, naprawiał stare zegary, łatał babskie trzewiki i leczył chore bydło i konie. Kabat zajmował się introligatorstwem, oprawiał książki, obrazy i landszafty [* Landszaft (niem.) - tu obraz przedstawiający pejzaż.], robił różne pudełeczka i szyfonierki [* Szyfonierka (franc.) - niewielkie pudełeczko tekturowe oklejone tkaniną lub kolorowym papierem.] i sprzedawał inteligencji po umiarkowanej cenie. Ja zaś przyrządzałem herbatę i gotowałem obiad, a jak zostało mi cokolwiek wolnego czasu, to kleiłem tutki (gilzy) na papierosy i za zrobienie każdej setki Mączewski, fabrykant, płacił mi gotówką pięć kopiejek.
    Pisarz gminny Gregorij Romanowicz Pierzymskoj, dowiedziawszy się od moich kolegów, że posiadam gruntownie rosyjski język, chciał mnie koniecznie wziąć do gminnego urzędu na swego pomocnika, deklarował płacić mi każdego miesiąca piętnaście rubli srebrem i prosił Raczkowskiego, aby pozwolił mi przyjąć ten obowiązek. Lecz isprawnik, obawiając się odpowiedzialności, zwłaszcza że przysyłano dosyć często do gminnego urzędu z kancelarii geperał-gubernatora różne sekretne rozporządzenia dotyczące politycznych więźniów Polaków, zesłanych do Syberii na osiedlenie, nie zgodził się na to i nie pozwolił mi zająć wspomnianego wyżej obowiązku.
    Prócz tej posady trafiała mi się druga, dosyć korzystna, u bogatego kupca Afanasia Koryszniowa (Dymitriewa), mieszkającego o ośm wiorst drogi odległej od wsi Czeczujska, który poznawszy się ze mną osobiście, zaproponował mi, abym przyjął w jego sklepie obowiązek domowego pisarza i ofiarował mi wikt, pomieszkanie i miesięczną pensję piętnastu rubli. Isprawnik nie pozwolił mi zająć i tej posady, a to z tej głównie przyczyny, że nie wolno mi było mieszkać w drugiej wsi, tylko we wsi Czeczujsku. Nareszcie poczciwy Pugaczew dał mi w swej prywatnej kancelarii zajęcie przepisywania na czysto różnych rachunków, raportów, wykazów, i za to małe i przyjemne dla mnie zatrudnienie przysyłał nam często pszeniczną pytlowaną mąkę, pieczone bułeczki, masło, cukier, herbatę, mleko, za co byliśmy mu bardzo wdzięczni, gdyż wspomnianych wyżej produktów, a szczególnie mięsa, masła, mleka i pszennej mąki trudno było kupić nawet za pieniądze we wsi Czeczujsku.
    Jakiś urzędnik wyższej rangi, zapewne naczelnik stołu z kancelarii generał-gubematora, przeglądając moje papiery, wyczytał w nich, że jestem katolickim księdzem i że zostałem przez samego generała zamianowany nauczycielem szkoły w pietropawłowskiej gminie, i wskutek tego ważnego odkrycia przysłał natychmiast do gminnego urzędu sekretne rozporządzenie, aby zabroniono mi jak najsurowiej uczyć chłopskie prawosławne dzieci i zdegradowano bezzwłocznie z godności nauczyciela. Co też gminny urząd uczynił, chociaż nie widziałem ani jednego ucznia, ani też szkoły.
    Miejscowa inteligencja sprzyjała nam wszystkim trzem Polakom, zapraszała do siebie we wszystkie doroczne uroczystości i imieniny, na różne zabawy, śniadania, obiady, kolacje i gniewała się nieraz na nas, jeżeli wymawialiśmy się od tego zaproszenia. Ale za to lud prosty, a szczególnie czeczujscy chłopi okazywali nam, na każdym kroku swą wyższość; nienawidzili nas, pogardzali nami, łajali nieraz bez żadnej przyczyny po moskiewsku i nie tytułowali nas inaczej jak tylko tym wyrazem „ty Polak”.
    Isprawnik Raczkowski przyjeżdżał dosyć często do wsi Czeczujska dla załatwienia różnych spraw w gminnym urzędzie. Za każdym razem odwiedzał nas Polaków i przywoził zawsze ze sobą kilka książek, które brał w Kireńsku od różnych osób i dawał takowe introligatorowi Karolowi Kabatowi do oprawy. Pewnego razu isprawnik Raczkowski przyjechał do Czeczujska ze swoją żoną i zaufanym lokajem Wojciechem Szekułą, politycznym więźniem Polakiem. Isprawnik, nie mając wolnego czasu na odwiedzenie nas, wezwał trzech nas do gminnego urzędu. Gdy weszliśmy do gościnnego pokoju, isprawnik przywitał się z nami bardzo grzecznie przez podanie ręki, zarekomendował nam swoją małżonkę, prawosławną Sybiraczkę, prosił nas siedzieć i częstował papierosami i herbatą.
    Czeczujscy chłopi, widząc przez otwarte drzwi, że pan Raczkowski nas tak przyjął i rozmawia z nami grzecznie, dziwili się, mówiąc do siebie:
    „Ci Polacy muszą być wielcy ludzie, kiedy sam isprawnik jest dla nich taki grzeczny, a może on także jest Polakiem?”
    I od tego czasu chłopi czeczujscy byli dla nas bardzo grzeczni, witali nas zawsze według swego zwyczaju mówiąc:zdrawstwujtie” i zdejmowali czapki. Jeżeli który z nich ubliżył nam przez swą głupotę, to straszyliśmy ich, że poskarżymy się panu isprawnikowi, a ten nie pożałuje za to im rózeg - i taki postrach był zwykle bardzo skuteczny.
    Poczciwy Raczkowski, okazując nam prawie na każdym kroku swą życzliwość i dobre chęci, radził mi z całego serca, abym kupił sobie strzelbę i zajął się polowaniem na dzikie kaczki, które gnieździły się w tamtejszych stronach ogromnemi stadami, a nikt nie strzelał do nich. Wymawiałem się przed nim, ze nie umiem wcale strzelać i nigdy nie miałem w ręku fuzji, przy tern obawiam się, abym nie został pociągnięty do odpowiedzialności za przechowywanie broni.
    Isprawnik, uśmiechając się, rzekł do mnie:
    „Niech ksiądz nie lęka się żadnej odpowiedzialności. Chociaż wprawdzie politycznym więźniom surowo zabronionem jest mieć broń palną u siebie, jednakże gdyby zjawił się tutaj żandarmski pułkownik, to powiadomię zaraz o tem księdza. Ksiądz tedy oddasz strzelbę gospodarzowi domu do przechowania. Co się zaś tyczy drugiej wymówki, że ksiądz nie umie strzelać, bardzo łatwa jest rada: trzeba się nauczyć. W ten sposób zawsze będziecie mieć kawałek mięsa na obiad lub wieczerzę”.
    Usłuchałem dobrej rady i wkrótce potem kupiłem pojedynkę za pięć rubli jako też wszystkie dodatki potrzebne do strzelania u irkuckich kupców, którzy przejeżdżali w miesiącu czerwcu przez wieś Czeczujsk i dążyli do Jakucka na doroczny jarmark. Kupiłem wprawdzie strzelbę, lecz sam nie używałem jej, oddałem ją moim kolegom, którzy przede mną się pochwalili, że są zawołanymi strzelcami i że w kraju bijali nie tylko kaczki, ale i grubszą zwierzynę. Otóż tedy, chodzili oni z moją pojedynką niemal co dzień na polowanie,'psuli proch, śrut i pistony, ale nie mogli jakoś zabić ani jednego zwierza lub ptaka, a gdy się dziwiłem temu, usprawiedliwiali się, dowodząc, że kupiłem złą strzelbę, bo rozrzuca śrut i nie bije celnie.
    Chcąc się przekonać o prawdzie, pewnego pochmurnego dnia wybrałem się sam jeden na polowanie. Zbliżywszy się do niewielkiego jeziorka, spostrzegłem na niem kilkadziesiąt kaczek różnego gatunku, które podczas małego i ciepłego deszczu żerowały. Ucieszony tym widokiem, położyłem się na ziemię i czołgając się, dotarłem na sam brzeg jeziorka; tam widząc, że kaczki mnie nie spostrzegły, wziąłem jednę na cel i ubiłem na miejscu. Zachęcony tym niespodziewanym powodzeniem udałem się na odnogę rzeki Leny, dokąd zleciały się wystraszone przeze mnie z jeziorka ptaki i tam w podobnyż sposób zastrzeliłem drugą kaczkę. Mając więc dwie dzikie kaczki, powróciłem z wielką radością do domu.
    Gdy z tymi trofeami wszedłem do izby, Mączewski uśmiechnął się i rzekł:
    „Ile ksiądz zapłacił za te kaczki?”
    Odpowiedziałem, rozumie się, że je sam ubiłem. Jednakże Mączewski nie uwierzył moim słowom i był tego przekonania, że owe kaczki kupiłem od włościan. Dopiero po niejakim czasie przekonał się o celności mego strzału, gdy zabiłem tuż obok wioski na jeziorku jedną dziką kaczkę, a ponieważ odgłos wystrzału doszedł aż do ucha Mączewskiego, przybiegł nad brzeg jeziorka i był naocznym świadkiem, jak dostawałem ubitą przeze mnie kaczkę z wody.
    Pewnego razu, nie mogąc znaleźć dzikich kaczek na jeziorkach należących do wsi Czeczujska, zapędziłem się do dwóch jeziorek położonych na terytorium sąsiedniej wioski i znalazłem tam kilkanaście sztuk Pragnąc ubić chociaż jednę kaczkę na obiad, bo nie mieliśmy przez kilka dni ani kawałka mięsa, położyłem się na ziemię z daleka od jeziora i począłem czołgać się jak wąż z obawy, aby nie spłoszyć zwierzyny.
    Gdy przyczołgałem się na brzeg jeziorka i miałem już wystrzelić, jakiś chłop z sąsiedniej wioski, spostrzegłszy mnie leżącego ze strzelbą na ziemi, wrzasnął na całe gardło:
    „Polaku, nie strzelaj do naszych kaczek bo odbiorę ci zaraz strzelbę!”
    Rozgniewany na tego chłopa, że swym przeraźliwym wrzaskiem spłoszył mi kaczki, które zerwały się zaraz z wody i poleciały W przeciwną stronę, podniosłem się prędko z ziemi, spuściłem kurek u strzelby i pobiegłem do niego Zapytać, kto nadał mu prawo zabraniać mi polowania na dzikie kaczki. Chłop obawiając się, abym go nie wygrzmocił moją strzelbą, rzekł do mnie:
    „Nie kazałem ci dlatego strzelać do kaczek bo przekonaliśmy się, że strzelasz do tych, które mogłyby się złapać w nasze sidła, zastawione na jeziorze”.
    Chcąc przekonać chłopa, że bezćzelnie kłamie, bo. nigdy nie strzelałem do takich kaczek, które pojmały się w chłopskie sidła, poszedłem do jeziora i pokazałem mu, gdzie kaczki siedziały, a gdzie są ich sidła i oświadczyłem mu, że jak tylko isprawnik przyjedzie do Czeczujska, to zaskarżę go i wyrobię sobie u generał-gubernatora jeszcze to, że pozwoli mnie stale zamieszkać w ich wsi i włościanie tejże wsi będą musieli na własny koszt wybudować dla mnie mieszkalny dom, spichlerz, dać mi na własność kilka morgów ornego gruntu i połowę jeziora.
    Chłop głupi i ograniczony uwierzył na serio temu wszystkiemu. Powróciwszy do domu, opowiedział swoim sąsiadom o całem tern zajściu. Wkrótce potem chłopi z owej wsi, dowiedziawszy się, że isprawnik Raczkowski ma być rychło w Czeczujsku, wydelegowali do mnie ze swego grona trzech bogatych gospodarzy z prośbą, abym nie skarżył się przed isprawnikiem na owego niegrzecznego chłopa, który chciał mi odebrać strzelbę, a na załagodzenie tej sprawy przywieźli nam w prezencie osiemdziesiąt funtów żytniej mąki i ćwiartkę wołu. Z początku nie chciałem przystać na taką ugodę, lecz gdy przeprosili mnie i przyrzekli, że podobny fakt nie będzie mieć więcej miejsca, odrzekłem im, że darowuję im to przewinienie i puszczam je w niepamięć.
    Jednego dnia wybrałem się swym zwyczajem na polowanie na kaczki i gdy skradałem się do tych ptaków jak najciszej, rozlega się strzał niedaleko mnie i kula świsnęła mi koło samej głowy. Gdy oglądnąłem się, ujrzałem uciekającego do lasu jakiegoś chłopa z gwintówką w ręku, który, jak sądzić należy, wyszedł także na polowanie i wyczekiwał w ukryciu za kłodą na ukazanie się na odległość strzału kaczek; tymczasem, gdy ujrzał mię nadchodzącego, pośpieszył z wystrzałem, spudłował do kaczki, a mnie omal nie zabił. Chciałem ukarać tego nieostrożnego chłopa, lecz uciekł do lasu i skrył się tak dobrze, że nie sposób go było odnaleźć.
    Sybiracy używają dotychczas jeszcze broni starej konstrukcji, gwintówkami zwanej, i nigdy nie strzelają z niej w lot do dzikiego ptactwa lub do biegnącego zwierza. Gdy chłop sybirski ma zamiar strzelać, nabija gwintówkę kulą własnego wyrobu, stawia drewnianą rososzkę, czyli widełki, opierając na niej lufę, klęka na oba kolana, celuje długo, aby nie stracić na próżno naboju, i dopiero wtedy strzela.
    Kiedy mieszkałem już w Czeczujsku, zdarzył się w znanej już czytelnikom wsi Iczory smutny wypadek, który tu w krótkości opiszę.
    Jakiś stary niedźwiedź wałęsający się w lesie w pobliżu owej wsi rozzuchwalił się do tego stopnia, ze przychodził z lasu śród białego dnia do wioskowej zagrody i dusił bez ceremonii chłopskie konie, krowy i cielęta; wysysał z nich tylko krew, a krowom i mleko, i zostawiał całą sztukę na pastwę zgłodniałym psom, wronom i krukom, jeżeli poszkodowany chłop nie pośpiał przeszkodzić tej uczcie.
    Pewnego dnia przyjechał do iczorskiej kaplicy prawosławny pop dla odprawienia'nabożeństwa, na które zebrali się wszyscy włościanie tej wsi. Odprawiając kościelne ceremonie, pop dostrzegł przez okno, jak niedźwiedź zbliżył się do samej kaplicy i zdusił pasącą się tam krowę. Po skończonem tedy nabożeństwie przemówił kilka słów do obecnych, zachęcając ich, aby zabili tego niedźwiedzia, który wytępił prawie wszystkie bydło, jako też w przeddzień zadusił w lesie jedną piękną krowę.
    Niedźwiedź tymczasem, wyssawszy krew z zaduszonej przed chwilą krowy, powrócił powolnym krokiem do lasu i jak się później okazało, legł w pobliżu wczorajszej swej ofiary.
    Po powrocie ż kaplicy włościanie, zagrzani słowami swego „batiuszki”, postanowili natychmiast zarządzić obławę na tego drapieżnego rabusia i uzbroiwszy się, jak kto mógł, udali się do lasu. Nieszczęście chciało, że trzej chłopi uzbrojeni w swe sybirskie gwintówki, oddaliwszy się cokolwiek od innych uczestników obławy, natknęli się niespodzianie na owego niedźwiedzia. Jeden z nich, śmielszy, wprawdzie zdołał wystrzelić, lecz raniąc tylko niedźwiedzia, rozjuszył go tern bardziej i rozwścieczone zwierzę rzuciło się na nich z całą siłą, tak że nim na krzyk tych trzech biednych ludzi pośpieli wszyscy inni przybiec na pomoc i ubić niedźwiedzia, ten ostatni jednemu z nich zerwał pół czaszki z głowy, drugiemu kilka żeber połamał i przygniótł klatkę piersiową, a trzeciego na śmierć udusił. W końcu, gdy niedźwiedzia zamordowano, chłopi mszcząc się za wyrządzone im szkody, spalili cielsko drapieżnika zaraz na miejscu w lesie. Rząd rosyjski, chcąc wszystkich politycznych więźniów Polaków, mieszkających w różnych gminach całej Syberii na osiedleniu zmusić do ciężkiej pracy, wydał rozporządzenie w połowie 1865 roku, aby każdy z nich zajął się rolnictwem lub jakiem innem rzemiosłem. Zabronił zaś najsurowiej uczyć dzieci tubylców czytania lub pisania, a także pomagać w pisaniu gminnym pisarzom lub kupcom w handlu.
Dla tych Polaków, którzy zechcą się zająć rolnictwem i gospodarstwem, rząd przeznaczył na pomieszkanie dwie gminy blisko miasta Irkucka: jandyńską i indyńską. Obiecał im dać po paręset rubli zapomogi na wybudowanie własnego domu, zakupno żywego inwentarza, rolniczych narzędzi i kilkunastu pudów żyta lub pszenicy na zasiew pola, które miejscowa gmina miała odstąpić bez żadnej zapłaty. iym zaś Polakom, którzy posiadali jakiekolwiek rzemiosło, rząd pozwolił zamieszkać w powiatowych miastach i obiecał im dać po kilkadziesiąt rubli na zakupienie różnych narzędzi niezbędnych do danego rzemiosła.
    Niewielu jednakże zesłańców zgłosiło się na oną propozycję, a szczególniej mało było takich, co chcieli osiąść na gospodarce. Kilkudziesięciu wprawdzie deklarowało się zająć rolnictwem, jednakże otrzymawszy od rządu pieniężną zapomogę, zaledwie dziesiąty z nich zajął się rolnictwem, a inni przepuścili pieniądze na życie i garderobę i nie myśleli wcale zająć się rolą. Lecz zarząd sybirski ukarał tych ostatnich za tę lekkomyślność surowo, a to w następujący sposób:
Gdy car Aleksander II wydał swój ostatni manifest, którym pozwolił politycznym więźniom Polakom opuścić Syberię i zamieszkać w Rosji, wtedy rząd irkucki zatrzymał tych wszystkich mniemanych gospodarzów i zapowiedział im urzędownie, że dotąd nie uwolni ich z Syberii, dopóki nie zwrócą otrzymanej zapomogi dla założenia gospodarki.
Wskutek wspomnianego powyżej rozporządzenia isprawnik Raczkowski przybył do Czeczujska i wezwawszy nas trzech Polaków do gminnego urzędu, zapytywał, czem który z nas chce się zająć. Ponieważ Mączewski trudnił się robieniem papierosów, a Kabat introligatorstwem, więc isprawnik zapytał ich tylko, jaka pieniężna kwota jest im potrzebna na zakupienie potrzebnych narzędzi. Mączewski i Kabat, nie namyślając się długo, oświadczyli, że potrzebują stu rubli. Raczkowski zgodził się na to chętnie i kazał im podpisać stosowną deklarację.
    Tymczasem miejscowy pop, niejaki Iwan Ponomarew, chcąc się dowiedzieć, w jakim interesie isprawnik wezwał nas, przyszedł także do gminnego urzędu i przysłuchiwał się wszystkiemu. Nareszcie przyszła kolej na mnie. Isprawnik zapytuje mnie:
    „No, a ksiądz czem życzy sobie zająć się w Czeczujsku?”
    Odpowiedziałem mu na to, że mogę uczyć włościan lub zająć miejsce jakiego pisarza u kupca lub w gminie. Na usprawiedliwienie mojego żądania dodałem, że te trzy zajęcia są odpowiednie mojemu duchownemu stanowi, tern bardziej, że nie umiem żadnego rzemiosła i nie mam najmniejszego wyobrażenia o rolnictwie.
    Na to rzekł isprawnik:
    „Zajęcia, które ksiądz życzyłby dostać, zabronione są surowo więźniom politycznym, ale radziłbym księdzu z całego serca, abyś się zajął wyrabianiem oleju”.
    Na tę propozycją parsknąłem ze śmiechu i odparłem:
    „Jakże mogę wytłaczać olej, kiedy nawet nigdy w życiu nie widziałem, jak się to robi?”
    „To może ksiądz - rzecze isprawnik - zająłby się garbarstwem?”
    Tu pop miejscowy wtrącił swoje trzy grosze, mówiąc:
    „Ten fach jest bardzo korzystny i pożyteczny; ja sam mam jedną bydlęcą skórę i oddałbym ją zaraz księdzu do wyprawy”.
    „Batiuszka! - rzekłem rozgniewany - bądźcie pewni, że nie doczekacie tego, abym ja wasze bydlęce skóry wyprawiał na Syberii i zgnijecie prędzej w ziemi z waszą skórą, nim ja będę garbarzem”
    Na te słowa pop poczerwieniał jak piwonia, zamilkł i wkrótce potem pożegnawszy pana Raczkowskiego, wyszedł.
    Isprawnik tymczasem nalegał ciągle, abym wybrał sobie koniecznie jakiekolwiek zajęcie. Nie mogąc się go pozbyć wymijającemi odpowiedziami, oświadczyłem mu w końcu, że zajmę się rolniczem gospodarstwem.
    Ucieszony urzędnik, że potrafił mnie skłonić do obrania stałego zajęcia, zapytuje mnie, ile żądam pieniędzy na zaprowadzenie gospodarki? Odpowiedziałem mu, że potrzebuję pięćset rubli. Raczkowski zaczął się ze mną targować, tłumacząc, że żądam za wiele i dawał mi dwieście, trzysta, a nareszcie czterysta rubli. Lecz ja nie zgadzałem się na taką kwotę i przedstawiałem mu, że muszę wybudować sobie dom, kupić wóz, pług, bronę, konia i krowę, przyjąć sobie robotnika, bo sam nie potrafię ani orać, ani kosić. Jednem słowem objaśniłem mu, że nie mam najmniejszego wyobrażenia o rolnem gospodarstwie, chociaż przyznam się tu otwarcie, że w tym razie mijałem się po części z prawdą. Nareszcie widząc, że isprawnik nie ustępuje od czterystu rubli, zgodziłem się w końcu na tę kwotę, podpisałem się na podanej mi deklaracji i zostałem sybirskim rolnikiem, a na jak długo, to się poniżej okaże.
    Mączewski i Kabat robili mi wyrzuty i gniewali się, że podałem się za gospodarza, ale ja nie zważałem wcale na to, bo pragnąłem jak najprędzej wyjechać z Czeczujska i zamieszkać bliżej miasta Irkucka.
                                                                            *
    Letnią porą, gdy znudziło mnie polowanie na dzikie kaczki, chodziłem często do pobliskiego lasu zbierać maliny, które w tamtych stronach rosły bujnie i było ich bardzo wiele.
    Pewnego razu zapuściłem się dosyć głęboko w las, trafiłem w gęste i duże maliny i zacząłem je zbierać do swego tujasa (naczynie zrobione z brzozowej kory). Zaledwie uzbierałem połowę tujasa tych smacznych jagód, usłyszałem w lesie ogromny trzask, łamanie suchych gałęzi i ryk uciekającego bydła. Domyśliłem się zaraz, że gdzieś niedaleko musi być niedźwiedź, a nie życząc sobie spotkać się w lesie sam na sam i do tego bez żadnej broni z misiem, wielkim amatorem wszelkich słodkich jagód, wyskoczyłem prędko z lasu i razem z bydłem uciekłem co tchu do wsi o kilka wiorst odległej.
    Dnia pewnego przyszliśmy z Mączewskim do sklepu bogatego kupca Koryszniewa i spostrzegliśmy u niego na podwórzu leżące trzy piękne krowy, którym niedźwiedź swymi łapami pogruchotał krzyże. Radziliśmy kupcowi, aby dorżnął te krowy, a mięso sprzedał lub sam spożył, ale on oświadczył nam, że radził się popa i ten powiedział mu, że dopuściłby się bardzo ciężkiego grzechu, gdyby jadł mięso takich krów, które niedźwiedź skaleczył W kilka dni potem wszystkie trzy krowy zdechły bez żadnego użytku.
    Jak w tej wsi, tak podobnież i w innych położonych nad Leną osadach, niedźwiedzie zrządzają wiele szkód w bydle i są tak śmiałe, że czasami wpadają do wsi śród białego dnia, goniąc za krowami. Mieszkańcy tamtejsi nie polowali na niedźwiedzie, ponieważ, jak już wspomniałem, mieli złą broń, a także byli złymi strzelcami, więc bali się srogiego i dzikiego zwierza drażnić.
    Jeden z politycznych zesłańców Polaków opowiadał następujące zabawne zdarzenie, które przytrafiło się sybirskiemu niedźwiedziowi.
    Pewnego razu ów Polak pojechał ze swymi gospodarzami do lasu zbierać maliny. Gospodarz zostawił swe młode i dzielne koniki na środku drogi, a sam z żoną i dziećmi weszli w las zbierać jagody. Gdy nazbierali pełne tujasy, to wynosili takowe do większych naczyń umieszczonych na wozie i do nich wsypywali maliny, a potem znowu powracali w gąszcz i zbierali dalej. Otóż, gdy nie było nikogo koło wozu, zjawił się niedźwiedź na drodze i zoczywszy maliny na wozie, wlazł na takowy i zaczął je ze smakiem pożywać. Młode konie poczuły zwierza, spłoszyły się i drapnęły z wozem i z siedzącym na nim misiem aż do wrót swego gospodarza; tutaj zaledwie przelękniony swą jazdą niedźwiedź, potrafił zeskoczyć z wozu i drapnął do lasu.
                                                                             *
    W Czeczujsku mieszkałem bez przerwy przez rok i cztery miesiące w domu diaczka Afanasija Ponomarowa, wielkiego pijaka, który jak zalał wódką głowę, to wyrabiał różne awantury: wypędzał z domu żonę i dwie dorosłe córki, śpiewał, tańcował, płakał, bił kułakami i nogami wszystko, co mu pod ręce popadło; słowem, wyprawiał różne dziwactwa i hałasy, które jednakowoż musieliśmy cierpliwie znosić, ponieważ nie było w całej wsi odpowiedniejszego dla nas pomieszkania.
    Otóż tedy nasz gospodarz był ojcem trzech dorosłych córek i tyluż synów. Dwaj jego synowie byli już popami i mieli parafie, trzeci – diakonem [* Diakon (z greek.) - w Kościele katolickim i prawosławnym duchowny mający święcenia uprawniające do udzielania chrztu, komunii, wygłaszania kazań itp.]. Jeden syn właśnie był proboszczem w Czeczujsku i odwiedzał nas dosyć często, a nawet bywaliśmy u niego na herbacie.
    Podczas świąt wielkanocnych pop Iwan Afanasiewicz, chodząc z krzyżem po wszystkich domach razem ze swoim ojcem, zapruszył sobie trochę gorzałką głowę, a dia-czek, ojciec jego, upił się do tego stopnia, że ledwie mógł utrzymać się na nogach i bełkotał niezrozumiałe słowa. W takim stanie obaj poszli do cerkwi odprawiać nieszpory, na które zgromadzili się wszyscy mieszkańcy wsi Czeczujska więcej z ciekawości, jak z nabożeństwa. Gdy rozpoczęli nieszpory, pop śpiewał jedno, a diaczek drugie i nie mogli w żaden sposób przyjść do ładu. Nareszcie pop zniecierpliwiony jednemi i temi samemi słowami ojca, który ciągle powtarzał „Hospodi pomiłuj”, rzekł do niego:
    „Będzie już na dzisiaj dosyć tego „Hospodi pomiłuj!” zaśpiewajcie tiatińka co innego, bo jedno i to samo już się mi uprzykrzyło słuchać”.
    Po tej przemowie batiuszki Iwana, stary diaczek, odchrząknąwszy ze złości według swego zwyczaju, zamienił „Hospodi pomiłuj” na „podaj Hospodi” i śpiewał ciągle jedne i te same słowa aż do końca nieszporów.
    Czeczujscy włościanie, wobec których ta cała komedia się działa, jeszcze w cerkwi śmieli się do rozpuku, a wróciwszy do domu, opowiadali o tej komicznej scenię . ze wszelkiemi szczegółami.
    Pop Iwan, wyprowadzony z granic cierpliwości pijaństwem swego ojca, postanowił poprosić archiereja Parfenia (biskupa irkuckiej diecezji); jak będzie wizytować czeczujską parafię, aby uwolnił ojca jego od obowiązków : diaczka, a na miejsce to naznaczył młodego i trzeźwego człowieka. Co też wkrótce zostało spełnione.
    Stary Ponomar, dowiedziawszy się od ludzi, że syn jego przyczynił się do utraty miejsca, rozgniewał się ogromnie na syna, zwłaszcza, że pozostawało mu tylko trzy lata do wysłużenia prawa noszenia na sobie takiej samej riasy (rewerenda [* Rewerenda - suknia duchownego.]), jaką noszą wszyscy prawosławni popi i diakoni. Postanowił więc ukarać syna w następujący sposób.
    Gdy przybył już nowy diaczek do wsi naszej, Ąfanasij Dmitriewicz, nasz gospodarz, zaprosił do siebie na kolację całą czeczujską inteligencję, a podczas kolacji był w dobrym i słodkim humorze, częstował gości różnemi nalewkami i prosił uprzejmie, aby jedli i pili. Pod koniec kolacji, gdy już dobrze podpił, odezwał się do nas zebranych:
    „Panowie! jesteście dziś u innie już ostatni raz na wieczerzy i nie będę więcej was ugaszczał w swym domu, bo z łaski mego syna nie jestem już ponomarem” [* Ponomar - niższy rangą sługa kościelny.].
    A odwróciwszy się do syna, dodał ze złością:
    „A ty, popie, jesteś wielki dureń!” - i powtórzywszy ostatnie słowa trzy razy, osunął się na krzesło i zasnął, goście zaś widząc, że nie ma co tam robić, rozeszli się do domów.
    Ile razy tylko zapraszano nas gdzie do inteligentniejszego domu w doroczne uroczystości lub w dzień imienin jakiej wybitnej osoby, to pop Iwan Afanasiewicz przestrzegał wszystkich, a szczególniej kobiety, aby powstrzymały się w naszej obecności od wszelkich nieprzyzwoitych rozmów i od picia za wiele wódki i szeptał im do ucha:
    „Wystrzegajcie się tych Polaków i przy nich nie przebierajcie nigdy miary w piciu lub w słowach, bo zdaje się wam, że oni nie zwracają wcale uwagi na nasze zachowanie się, ale niech tylko powrócą do swego kraju, to będą opisywać w gazetach i książkach o naszem prostackiem zachowaniu się i nadmiernem używaniu wódki”.
    I nie omylił się batiuszka w swej przepowiedni, bo odgrywa w niniejszem opowiadaniu niepoślednią rolę.
    Razu pewnego zjawił się w Czeczujsku prawosławny diakon Lebiediew, seminaryjny kolega popa Iwana i były sekretarz irkuckiego archiereja Parfenia, który zesłał go na pokutę do kireńskiego monasteru za pijaństwo i niemoralne życie. Lebiediew zaś, nie mogąc znieść klasztornej dyscypliny, drapnął stamtąd i przybył do swego starego kolegi. Wkrótce ów diakon poznał się gdzieś na ulicy z dwoma moimi towarzyszami niedoli i przyszedł ich odwiedzić. Ci ostatni, chcąc gościa uraczyć, postawili samowar i sprowadzili z karczmy całą kwartę gorzałki. Przy kieliszku i herbacie zawiązała się pomiędzy nimi rozmowa, której byłem tylko słuchaczem i nie brałem w niej udziału.
    Otóż Lebiediew, podpiwszy sobie, zaczął nam opowiadać zabawną historię, jak obydwaj z kireńskim archimandrytą (przeor) monasteru oszukali isprawnika Raczkowskiego i tegoż żonę. Rzecz tak się miała:
    W pewnym dniu przypadły imieniny pani Raczkowskiej. Archimandryta, chcąc zjednać sobie isprawnika i jego żonę, w dzień ich imienin odprawiał zwykle w cerkwi solenne nabożeństwo na ich intencję. Otóż tak się' zdarzyło, że ów archimandryta i diakon Lebiediew w wigilię imienin pani Raczkowskiej byli u jakiegoś bogatego kupca na kolacji i obaj się na niej dobrze upili. Ponieważ Moskale mają ten zwyczaj, że jak który z nich upije się jednego dnia, to musi koniecznie drugiego dnia z rana podchmielić się, czyli jak mówi nasze przysłowie, „klin klinem wybić”. Tak i tym obydwóm duchownym ojcom należało to uczynić, a tu, jak na ich nieszczęście, potrzeba było koniecznie odprawić solenne nabożeństwo za zdrowie solenizantki. Rada w radę tedy i stanęło na tem, że kazali posługującemu przynieść kwartę wódki, którą wypili natychmiast w cerkwi, schowawszy się za carskie wrota. Po tej libacji przyszli do przekonania, że całe nabożeństwo jest za długie, a więc odprawili tylko sam koniec obiedni (Mszy św.). Po czem archimandryta zaraz drapnął spać, a diakon wyszedł do przybyłych już po nabożeństwie państwa Raczkowskich z przeprosinami, że przełożony odprawił nabożeństwo wcześniej z powodu niedyspozycji.
    W pierwszy dzień Bożego Narodzenia mój pryncypał Iwan Terentiewicz Pugaczew, któremu pomagałem przez kilka miesięcy przepisywać na czysto różne raporta, odezwy i rachunki, przysłał po mnie swą córkę i prosił, abym przyszedł bezzwłocznie do niego. Mniemając, że Pugaczew ma coś ważnego do powiedzenia lub napisania, udałem się natychmiast do niego. Gdy wszedłem do pokoju, pozdrowiłem go z prazdnikiem [* Pozdrawiać z prazdnikiem - życzyć „Wesołych Świąt”.] i zapytałem, jaki ma do mnie interes?
    Pugaczew uśmiechając się, rzekł:
    „Nie mam żadnego interesu do księdza, tylko chcę z wami dzisiaj się napić dobrej herbaty z białym cukrem, które przywiozłem z miasta Kireńska”.
    Następnie gościnny gospodarz zaprosił mnie do stołu, na którym już kipiał samowar, częstował dobrymi papierosami i zaczął ze mną rozmawiać o różnych swych interesach. Po skończonej herbacie Pugaczew zapytuje mnie:
    „No, a teraz księże, co będziemy robić?”
    Odpowiedziałem, że jemu potrzeba iść do cerkwi na nabożeństwo, a ja powrócę do domu.
    „Nie - rzekł gospodarz - tak nie będzie, jak ksiądz zadysponował. Niech pop tam sobie modli się za nas wszystkich w cerkwi, a my zagramy w karty w „stukułkę”.
    Powiedziawszy to, postawił na środku bawialnego pokoju stół, rozłożył karty, a wyjąwszy ze szkatuły sto dwadzieścia rubli drobną srebrną monetą, zawołał swoją żonę i córki, i dał każdemu z grających po trzydzieści rubli. I tak graliśmy we czwórkę aż do wieczora, z małą przerwą potrzebną na spożycie obiadu.
    Po skończonem wieczornem nabożeństwie pop Iwan Afanasiewicz ze swoją małżonką podążyli z wizytą do Pugaczewa, a gdy ten ich zoczył zbliżających się, zgarnął prędko wszystkie srebro ze stołu do czapki i zaniósł je do drugiego pokoju, a natomiast przyniósł kilkadziesiąt sztuk drobnej miedzianej monety i zaczęliśmy grać dalej. Nie mogąc zrozumieć, co ma oznaczać ta nagła zmiana pieniędzy, zapytałem gospodarza o wyjaśnienie, a on mi na to:
    „Wszak widzicie, że idzie do nas batiuszka Iwan; więc gdyby zoczył na stole tyle srebrnej monety, to niezawodnie wzięłaby go pokusa ściągnąć ze stołu do swej kieszeni kilkanaście sztuk, jak to zwykle czynią wszyscy nasi popi”.
    Zaledwie Pugaczew skończył mówić, ukazał się w progu pop z żoną, a widząc nas za stołem, grających w karty, uśmiechnął się ironicznie i rzekł:
    „A to pięknie! zamiast być w cerkwi, państwo zaprosiliście duchownego „patiera” [* Pater (łac. ojciec) - tu ksiądz; chodziło o ks. Matrasia.] i gracie z nim w karty”.
    Państwo Pugaczowie usprawiedliwiali się ogromnym mrozem, który dochodził tego dnia do 32 stopni Reamura [* Reamura skala temperatury: 0° temp. zamarzania chemicznie czystej wody i 80° - temp. jej wrzenia.], lecz pop był nadąsany i gniewny dopóty, dopóki gospodyni domu nie rozchmurzyła mu czoła kilku kieliszkami dobrej nalewki. Następnie pop z małżonką siedli z nami grać w karty i przeplatając grę kieliszkami wódki, zabawili do późnego wieczora.
                                                                   ROZDZIAŁ X
                                                   [Rzeka Lena i czeczujscy prawosławni]
    Mieszkając przez dwadzieścia miesięcy nad brzegami rzeki Leny, wypada z porządku rzeczy zaznajomić łaskawych czytelników ze wspomnianą wyżej rzeką.
    Owóż Lena wypływa z jeziora Bajkał [* Matraś był w błędzie. Jedyna rzeka wypływająca z Bajkału to Angara.] i prawie trzy części swej drogi przebywa pomiędzy dwoma pasami Gór Bajkalskich porośniętych drzewami i krzewami; jakkolwiek liczy się do największych w świecie rzek i unosi masę wód do Lodowatego Oceanu, jest jednak niewygodna dla statków głęboko siedzących w wodzie, bo w wielu miejscach są piaszczyste mielizny, przez które z trudnością nawet przechodzą berlinki i galary [* Galar, galera - towarowy statek rzeczny, bezmasztowy, w kształcie wydłużonego prostokąta.]. W czasie puszczania lodów staje się bardzo niebezpieczna dla nadbrzeżnych mieszkańców, już to zalewając niejednokrotnie całe wsie i osady, już to odrywając kawały nadbrzeżnej ziemi wielkości kilkuset kwadratowych sążni. Rzeka ta przy puszczaniu lodów na wiosnę posiada swój odrębny charakter, a mianowicie lód nie łamie się na tak zwane kry, ale po odtajaniu brzegów podąża całą masą do morza. Stąd też przy zakrętach lub zwężeniu koryta powstają okropne zatory, całe góry lodowe, które pod naporem wody zostają wyrzucone na brzegi rozlanej rzeki i miażdżąc nieraz całe wsie, unoszą je z sobą. Lena oczyszcza się zwykle z lodu około 10 maja.
    Kiedy lód poruszy się pierwszy raz, wtedy wszyscy nadbrzeżni mieszkańcy zbierają się na brzegu rzeki i wyczekują drugiego poruszenia, które zwykle następuje w dwie godziny po pierwszem. Gdy lód pocznie już iść całą masą, wówczas stojący na brzegu robią trzy razy znak krzyża świętego, rzucają na lód chleb i sól i wołają:
    „Żegnamy cię, matko Leno! Nie prędko się zobaczymy!”
    Ta masa lodowa zwykle płynie przez trzy doby, w czasie których ludność cała jest gotowa ze swym dobytkiem do ucieczki.
Wspomniana rzeka stanowi główny trakt, czyli gościniec, przy której na brzegu stoją słupy oznaczające odległość w wiorstach od wsi Żygałowa do miasta Jakucka. Podróżują tym traktem latem w łodziach lub berlinkach, a zimą na saniach. Jeden zaś egzystujący tam niewielki parowiec kursuje tylko dwa razy do roku, a mianowicie: gdy pierwsze lody puszczą, i w czerwcu, gdy po deszczach wzbierają górskie potoki wpadające do Leny.
    Lena płynie jednem korytem przez orlińską, makarowską, pietropawłowską i witymską gminę, dopiero pod Jakuckiem rozdziela się na kilka odnóg i dąży do oceanu. Rzeka ta obfituje w różne gatunki ryb, któremi są: tak zwana krasna ryba (rodzaj jesiotra), pstrągi, szczupaki, miętusy, jazie, płocie itd. Raków nie ma w żadnej sybirskiej rzece. Krasna ryba tak jest tłusta, że nie można jej używać gotowanej ani smażonej, tylko upieczoną w cieście w rodzaju naszych pierogów.
    Ponieważ ryba poławia się tam bardzo obficie, więc i cena jej jest bardzo przystępna, a mianowicie: jeden funt krasnej, bardzo smacznej ryby, kosztuje od ośmiu do dziesięciu kopiejek najwyżej, a wszystkie inne gorsze gatunki od dwóch do trzech kopiejek. Tak samo nadleńscy włościanie sprzedają bardzo tanio wszelkie dzikie ptactwo i zwierzynę: na przykład dzika gęś kosztuje w tamtych stronach dziesięć kopiejek, kaczka pięć, para jarząbków od dziesięciu do piętnastu kopiejek, sama dwa ruble, cietrzew lub głuszec pięćdziesiąt kopiejek, wiewiórka pięć, zając dziesięć kopiejek. Tamtejsi mieszkańcy nie jedzą wcale zajęcy i brzydzą się niemi, i utrzymują, że zając jest nieczyste zwierzę i strzelają go tylko dla białej skórki, z której szyją sobie kołdry.
Wspomniałem wyżej, że we wsi Czeczujsku mieszkał także drugi prawosławny pop, dawny proboszcz tejże parafii, starzec siedemdziesięcioletni, który był pozbawiony wzroku. Otóż ten biedny starzec, obarczony liczną familią, nie mając żadnych środków do utrzymania siebie i swej rodziny, był zmuszony chodzić po wszystkich domach dawnych swych parafian, wyciągać rękę i prosić o jałmużnę jak zwykły żebrak.
    W połowie 1865 roku zawiadomiono miejscowego popa Iwana Afanasiewicza Ponomarewa, że irkucki archierej Parfenij ma wizytować wszystkie parafie położone nad rzeką Leną. Otrzymawszy takowe zawiadomienie urzędownie ze swego konsystorza, pop przeląkł się ogromnie, stracił apetyt i sen, myśląc ciągle o tern, jakby to należało przyjąć dostojnego gościa, ażeby ten nie gniewał się na niego za różne nieporządki, które miały nieraz miejsce w jego parafii i żeby ta archierejska wizyta odbyła się szczęśliwie.
    Pewnego pogodnego i ciepłego dnia wyszedłem z mymi towarzyszami na przechadzkę na sam brzeg rzeki i spotkałem tam popa Iwana, który oczekiwał na przybycie parowca wiozącego archiereja. Otóż, gdy statek oczekiwany ukazał się w dali, pop czem prędzej pobiegł do cerkwi, ubrał się w odświętne kościelne szaty i stanąwszy z krzyżem w ręku we drzwiach cerkiewnych, kazał uderzyć we wszystkie dzwony, oczekując przybycia kościelnego dygnitarza. Tymczasem archierej nie wysiadł wcale z parowca i pojechał dalej, a dwaj podróżni, którzy wylądowali w Czeczujsku, opowiedzieli, że wizytacja naszej cerkwi odbędzie się dopiero, gdy dostojnik pojedzie na powrót.
    Kiedy parowy statek zniknął już nam zupełnie z oczu i minęło niebezpieczeństwo, batiuszka Iwan przyszedł na powrót do nas stojących nad brzegiem rzeki i rzekł:
    „No, panowie! nie wierzycie, jak ten archierej nastraszył mnie, że aż serce dotychczas silnie mi biję i nie mogę się jeszcze uspokoić, bo trzeba wam wiedzieć, że nasz archierej Parfenij jest bardzo srogi i za najmniejszy nieporządek w cerkwi lub w cerkiewnych aktach łaje grubiańskiemi słowami, usuwa z probostwa i zamyka na kilka tygodni na pokutę do monasteru”.
    Pop czeczujski dowiedział się z pewnego źródła, że ten wizytujący dostojnik pasjami lubi kwaśne mleko i jada go zwykle prosto z krynki (garnek polewany), dlatego też postanowił gościa uraczyć tą potrawą; lecz że nie posiadał polewanego garnczka, rzucił się na szczególny pomysł: Przyniósł do nas czarną glinianą krynkę napełnioną po same brzegi kwaśnem mlekiem i prosił Kabata, jako introligatora, aby okleił ową krynkę pięknym kolorowym papierem, na co ten ostatni chętnie się zgodził i zaraz po wyjściu popa zabrał się do roboty. Mączewski tymczasem, będąc wielkim nieprzyjacielem Moskali, a szczególnej popów, pomścił się w danym razie na archiereju, bo włożył łopatkę introligatorskiego klajstru na sam spód owego mleka. Zwróciłem uwagę jego na to, że w każdym razie jest to płaski koncept i nam nie przystoi, lecz Mączewski odrzekł:
    „Niech ten moskiewski dygnitarz zalepi sobie klajstrem długą brodę”.
    Gdy wreszcie archierej wpłynął swą berlinką, wracając z Jakucka na terytorium czeczujskiej parafii, postawiony na straży konny człowiek przybiegł w tej chwili do naszej wsi z doniesieniem o przybliżaniu się dostojnika. Natenczas pop kazał uderzyć w dzwony i sam w świątecznych [* W tekście pierwotnym było: „w pontyfikalnych szatach”; poprawka według zapisu ks. Matrasia na „lubelskim” egzemplarzu pamiętników.] szatach, jak pierwszą rażą, stanął w drzwiach cerkwi i przez całą niemal godzinę oczekiwał przybycia „władyki”.
    Będąc ciekawi, w jaki sposób prawosławne duchowieństwo przyjmuje swego biskupa wizytującego parafialne cerkwie, wszyscy trzej wyszliśmy także na brzeg rzeki Leny, przyłączyliśmy się do gromadki czeczujskiej wiejskiej ludności i wyczekiwaliśmy na przybycie wspomnianego wyżej prawosławnego duchownego dygnitarza.
Kiedy berlinką przypłynęła naprzeciwko czeczujskiej cerkwi i zatrzymała się przy samym brzegu rzeki, ów siwy, brodaty dygnitarz wyskoczył z niej z długą swą archierejską laską, stanął na lądzie i patrzył się na wszystkich chłopów, a chłopi, stojąc w czapkach na głowie, patrzyli się znowu na niego. Zasiedatiel Iwan Krasikow, spostrzegłszy tę niegrzeczność ze strony chłopów, krzykną na nich na całe gardło:
    „Zdejmijcie natychmiast czapki i pokłońcie się nisko preoświaszczennomu”.
    Na tę moskiewską komendę wszyscy chłopi zdjęli w jednej chwili czapki, zrobili głęboki pokłon swemu władyce i pobiegli za nim cwałem do cerkwi, rozumie się samo przez się, że i my z nimi.
Gdy archierej miał wejść do cerkwi, ubrał się prędko w cerkiewnym przedsionku w swoją archierejską kapę, włożył na głowę piękną i kosztowną mitrę, a przeżegnawszy się trzy razy święconą wodą, wziął do ręki pastorał i poszedł szybkim krokiem razem z batiuszką Iwanem Afanasiewiczem i swym sekretarzem diakonem do ołtarza. Sam jeden archierej wszedł za carskie wrota, a batiuszka i diakon zatrzymali się przed niemi i zaczęli odprawiać moleben [* Moleben (ros.) - uroczyste nabożeństwo, litania.] za zdrowie i pomyślność swego władyki. Po skończonem nabożeństwie, archierej odwrócił się od ołtarza do zgromadzonego ludu, przeżegnał go trzy razy metalowym krzyżem, rozebrał się prędko ze swych archie-rejskich cerkiewnych szat, udał się na plebanię na przygotowane dla siebie kwaśne mleko.
    Spodziewaliśmy się, że archierej przemówi do zgromadzonego w cerkwi ludu, tymczasem nie pisnął do niego ani jednego słowa. Na tern skończyło się całe przyjęcie diecezjalnego władyki w czeczujskiej parafialnej cerkwi, którego byłem naocznym świadkiem.
    Wtenczas to ów nieszczęśliwy, ciemny staruszek pop poszedł do archierej a, podał mu prośbę i przedstawił swoje kalectwo, prosząc i błagając go ze łzami, aby wyjednał dla niego u rządu wsparcie na stare lata. Lecz archierej nie uwzględnił wcale jego prośby i powiedział mu:
    „Kiedy batiuszka byłeś młody, to miałeś czas i mogłeś zebrać sobie tyle pieniędzy, żeby wystarczyły ci na stare lata, a teraz jest już za późno myśleć o tern i nie zawracaj nam głowy swemi prośbami, bo nic nie możemy dla ciebie uczynić”.
    Batiuszka zaś Iwan Afanasiewicz przedstawił znowu ze swej strony władyce, że ma bardzo starą, lichą drewnianą cerkiew, która grozi wielkiem niebezpieczeństwem, może się wkrótce zawalić i pozbawić kogo żyda. Władyka miał rzec na to, jak sam batiuszka opowiadał:
    „Niech cerkiew się wali, kiedy chce, a jak się zawali, to batiuszka wybudujesz sobie nową, obszerniejszą, bo obecna cerkiew, jak uważałem, jest bardzo mała, ciemna i niewygodna do odprawiania nabożeństwa”.
    Nazajutrz, około godziny dziesiątej z rana, archierej wybrał się konno, w towarzystwie zasiedatiela Iwana Krasikowa, swego sekretarza Afanasia, golowy [* Golowa - urzędnik stojący na czele gminy.] petropawłowskiej gminy i trzech jamszczyków, do jednej parafialnej cerkwi, położonej w górach nad rzeką Tunguzką, a oddalonej o kilkadziesiąt wiorst drogi od głównego traktu, w której nie był jeszcze ani jeden raz żaden irkucki archierej. Podróż ta odbywała się konno i była bardzo męczącą i nużącą, jak zasiedatiel Krasikow opowiadał, na którą narzekał także bardzo sekretarz archierejski, ale archierej pocieszał go ciągle i mówił, że podróż niedługo się skończy i częstował go różnemi sybirskiemi słodkiemi jagodami, które sam uzbierał dla swego kochanego sekretarza.
    Jak archierej bawił długo w tej górskiej podróży, kiedy powrócił z niej i wyjechał ze wsi Czeczujska, nie umiem tego powiedzieć, bo tak znikł z tych stron, jak kamfora. Po upływie sześciu miesięcy spełniło się życzenie irkuckiego archiereja względem czeczujskiej parafialnej cerkwi, która tego samego jeszcze roku 1865, w miesiącu grudniu, wprawdzie nie zawaliła się, ale cała zgorzała do samych fundamentów. Powód do spalenia się czeczujskiej starej cerkwi, o którym tu w krótkości wspomnę, był następujący:
    Dwóch „trapieźników” (dzwonnik, stróż cerkiewny) mieszkających w przedsionku cerkwi, którą strzegli po całych dniach i nocach, aby złodzieje jej nie okradli, kładąc się spać, przylepili palącą się woskową świeczkę do ściany i zapomnieli ją zagasić. Gdy zasnęli, świeca dopalili się i zajęła się od niej modrzewiowa ściana. Na dym, który powstał, przebudzili się Stróże, a nie mając ani jednej kropli wody pod ręką, wyskoczyli na dzwonnicę i uderzyli na alarm we wszystkie dzwony.
    Nie zawadzi tutaj objaśnić, że Moskale dzwoniąc na nabożeństwo, uderzają w jedną stronę dzwonu, a na pożar w dwie strony, to jest wprost przeciwnie katolickiemu zwyczajowi.
    Pożar w czeczujskiej cerkwi wszczął się o godzinie dziesiątej wieczór. Jeszcze nie spaliśmy i słyszeliśmy doskonale, jak dzwoniono. Obawiając się zaś, aby złośliwi chłopi nie posądzili czasami nas o podpalenie cerkwi, dlatego wybiegliśmy natychmiast na ulicę i wyczekiwaliśmy, aż więcej ludzi przybędzie. Tymczasem jednym z pierwszych przybiegł pop i ujrzawszy nas, prosił o pomoc w ratowaniu cerkiewnych rzeczy. Wszyscy czterej wpadliśmy zaraz do cerkwi i wynosiliśmy stamtąd, co tylko wpadło nam do ręki Chłopi zaś wynosili z cerkwi większe przedmioty, ą nawet udało im się uratować okna i drzwi. Słowem, że w tym pożarze jedna tylko jakaś mała książka spaliła się.
    Gdy wynieśliśmy już wszystko z cerkwi i stanęliśmy nieopodal, ażeby odpocząć ze zmęczenia, dostrzegliśmy ze zdziwieniem, iż żaden czeczujski włościanin nie ratował swej cerkwi, pomimo to, że rzeka płynęła o sto pięćdziesiąt kroków.
    W tym czasie mieszkało we wsi kilkudziesięciu rosyjskich zesłańców, którzy najęli się już na następne lato do kopalni złota i wyczekiwali 1 kwietnia. Ci, widząc bezczynność czeczujskiej gromady, wzięli się energicznie do gaszenia ognia. Jedni z nich zaczęli nosić wiadrami wodę, drudzy zalewali ogień, inni znowu przystawili do cerkiewnej zewnętrznej ściany długą drabinę, wleźli na nią i odrąbywali tę część ściany, która nie była w ogniu. Dla wszelkiego zaś bezpieczeństwa przywiązali do wierzchołka drabiny gruby powróz, aby można było z łatwością ją odciągnąć od ściany.
    Kiedy ogień zaczął się już coraz bardziej szerzyć i niepodobną było stać na drabinie, ratujący zeskoczyli z takowej i pociągnęli za sznur, ażeby uratować drabinę. Na nieszczęście drabina upadając, uderzyła samym wierzchołkiem w głowę pewnego gospodarza i zabiła go na miejscu. Człowiek ten tak był zapatrzony w ogień, że nie zwrócił wcale swej uwagi na głośne okrzyki ostrzegające go o niebezpieczeństwie. I tak gapiostwo swe przypłacił życiem.
    Moskiewscy zesłańcy obrażeni byli bardzo na popa Iwana za to, że hańbił ich publicznie kilka razy za pijaństwo i niemoralne życie. Otóż tedy dla napędzenia strachu batiuszce w czasie owego pożaru poczęli krzyczeć, ażeby spalić popa razem z cerkwią. Pop, usłyszawszy te pogróżki, przybiegł do nas i prosił, abyśmy go strzegli do końca pożaru, co też z chęcią uczyniliśmy.
    Ponieważ plebania leżała blisko cerkwi, więc z obawy, aby nie zgorzała, przeniesiono wszelkie ruchomości do naszego mieszkania, w którem takoż lokował się i pop z familią przez kilka dni, zanim uporządkowano z rujnacji przy wynoszeniu gratów plebanię.
    Po spaleniu się wspomnianej cerkwi [pop] odprawiał nabożeństwo na plebanii. Tymczasem miejscowi włościanie nie chcieli nawet słuchać o budowie nowej cerkwi, pomimo że mieli materiał przepyszny za darmo tuż w przyległym lesie. Widząc takowe niedbalstwo chłopów, kupiec Koryszniew, mieszkający o kilka wiorst drogi od Czeczujska, ofiarował na ten cel z własnej szkatuły sześć tysięcy rubli, które zarobił w tym roku jedynie na skórkach z wiewiórek, skupując je w okolicy i wysyłając do Irkucka.
    Do grona czeczujskiej inteligencji, jak już wyżej wspomniałem, należał także pan Lubliński, eks-gminny pisarz pietropawłowskiej gminy, który straciwszy we wsi Czeczujsku bardzo korzystną posadę pisarza za jakieś nieporządki i nadużycia w gminnej kancelarii, udał się na mieszkanie do witymskiej, gdzie są kopalnie złota i tam jako zarządca dorobił się znacznego kapitału.
    Główny gminny pisarz pietropawłowskiej gminy pobierał rocznej pensji gotówką 1500 rubli, a drugie tyle miał rocznego dochodu. Ze wspomnianej wyżej kwoty był obowiązany utrzymywać dwóch pomocników. Jednemu z nich płacił miesięcznie dwadzieścia pięć, a drugiemu piętnaście rubli. Prócz tego potrzeba było jeszcze coś ofiarować panom isprawnikowi i zasiedatielowi, żeby byli grzeczni i nie śledzili na każdym kroku postępowania gminnego pisarza.
    Nie wiadomo z jakiego powodu, Lubliński stracił posadę zarządcy w kantorze kopalni złota. Dosyć, że po kilku latach przyjechał na powrót do wsi Czeczujska w zamiarze starania się o obowiązek pomocnika gminnego pisarza. Nie mogąc znaleźć we wsi Czeczujsku dla siebie i swej rodziny odpowiedniego pomieszkania, Lubliński zajechał prosto do dawnego swego znajomego i przyjaciela, starego i ciemnego popa, i zamieszkał u niego tymczasowo ze swą żoną i dorosłą córką imieniem Zofia.
    Ponieważ staruszek pop był bardzo biedny, nie miał żadnych materialnych środków do utrzymania siebie i swej licznej rodziny, więc był zmuszony mieścić się ze swą rodziną w dwóch małych i ciasnych pokojach. Drugie zaś dwa pokoje w drugiej połowie domu od rzeki Leny stały puste, nieopalane wcale zimową porą i wszystkie okna w nich były pozabijane deskami.
    W tym czasie, w którym Lublińscy przybyli do wsi Czeczujska, były straszne mrozy, dochodzące do trzydziestu pięciu gradusów, że trudno było wyjść na ulicę. Ponieważ te dwa puste pokoje, które Lublińscy mieli zamiar wynająć u staruszka popa dla siebie na pomieszkanie, były nieopalone i niezaopatrzone oknami, więc złożyli w nich dwa wielkie kufry, w których znajdowała się męska i żeńska bielizna, garderoba, kosztowne sobolowe futro, dwa gronostajowe futerka, ślubna wyprawa córki Zosi, trzy obrazy dosyć wielkie Najświętszej Maryi Panny przyozdobione złotemi sukienkami, srebrne łyżki, łyżeczki, noże i widelce, złote pierścienie, kolczyki, bransolety, spinki do koszul i szkatuła, w której przechowywało się pięć tysięcy rubli w rosyjskich papierowych pieniądzach. Każdy papierek po sto rubli.
    W wigilię tego nieszczęśliwego dnia, który spotkał Lublińskiego, kilku rosyjskich posieleńców złodziejów odwiedziło ślepego popa, córka zaś Lublińskich poszła w gościnę do państwa Pugaczowych i tam zanocowała. Gdy Lublińscy i rodzina popa zgasili świecę w pokoju, położyli się spać i twardo zasnęli, wspomniani wyżej moskiewscy posileńcy złodzieje oderwali po cichu deski przybite do okna, wleźli przez nie do tych dwóch pustych pokojów, zabrali dwa wielkie kufry z rzeczami i szkatułkę z pieniędzmi i schowali takowe w różne miejsca. Dosyć, że oboje Lublińscy zostali w jednych tylko koszulach, w których spali.
    Kiedy tym łotrom posileńcom udała się kradzież, poszli zaraz do karczmy, którą utrzymywał Ormianin kaukaski imieniem Aleksander, kazali dać sobie całą kwartę wódki i zapłacili za nią szynkarzowi sturublowym papierkiem, bo nie znaleźli w szkatułce Lublińskich drobniejszej monety.
    Na trzy tygodnie przed tą kradzieżą, cywilny gubernator irkuckiej guberni, pan Szałaszników, dał dymisję poczciwemu miejscowemu zasiedatielowi [* Zasiedatiel (ros.) - pomocnik naczelnika powiatu.] Iwanowi Krasikow, za to głównie przestępstwo, że ten nie wyjechał ze wsi Czeczujska na spotkanie wicegubematora pana Erna, który wizytował w tym czasie wszystkie rządowe spichrze ze zbożem i mąką, zbudowane nad rzeką Leną. Na miejsce zaś Krasikowa przysłano do wsi Czeczujska sprężystego i energicznego zasiedatiela nazwiskiem Korpuszenko, który spełniał przez kilka lat różne obowiązki przy irkuckiej policji i był wytrawnym i przebiegłym policyjnym urzędnikiem.
    Nazajutrz rano, po wspomnianej wyżej kradzieży, Lubliński poszedł do tych dwóch pustych pokojów, w których były złożone wszystkie jego rzeczy po potrzebną dla siebie garderobę. Zaledwie uchylił drzwi od pustego pokoju, spostrzegł z przerażeniem, że złodzieje ukradli mu w nocy wszystko, co tylko posiada. Nie tracąc ani chwili czasu, pobiegł do gminnego urzędu i do Korpuszenki, zawiadamiając o dokonanej w nocy kradzieży, obiecując zasiedatielowi dać pięćset rubli, jeżeli wyśledzi złodziejów i znajdzie wszystkie jego rzeczy.
    Korpuszenko zachęcony tą pokaźną kwotą wziął się energicznie do wyśledzenia. Kazał natychmiast aresztować trzech ludzi, których Lubliński podejrzewał o kradzież i zamknął o jednym chlebie i wodzie w gminnym areszcie, nadto rozesłał rozporządzenie ścigania złodziei w całym powiecie.
    Zasiedatiel zrobiwszy te przedwstępne kroki, zawołał do siebie z aresztu najgłówniejszego moskiewskiego posileńca złodzieja, zmierzył go swym surowym i przenikliwym wzrokiem od głowy do samych stóp i rzekł:
    „Słuchaj bracie! wiem i jestem o tem aż nadto przekonany, że ty ukradłeś wszystkie rzeczy i pieniądze Lublińskich. Jeżeli nie przyznasz mi się dobrowolnie do tej kradzieży, jeżeli nie wydasz twych wszystkich spólników i nie powiesz otwarcie, gdzie schowaliście skradzione dwa kufry z rzeczami, to każę natychmiast przynieść rózeg i będę niemi chłostać cię do tego czasu, dopóki nie wyzioniesz ducha”.
    Złodziej widząc bardzo rozgniewanego na siebie zasiedatiela, a wiedząc o tem, że ten nigdy nie żartuje, odparł:
    „Wasze wysokobłahorodie, wielmożny panie, proszę rozkazać swemu służącemu, aby dał mi całą szklankę mocnej wódki, a wtedy powiem panu zasiedatielowi, kto ukradł kufry i szkatułkę z pieniędzmi Lublińskich”.
    Korpuszenko, już mając w swoim ręku nitkę, po której będzie mógł łatwo dojść do samego kłąbka, kazał swemu służącemu przynieść całą szklankę mocnej wódki. Gdy posileniec wypił ją, rzekł znowu do zasiedatiela:
    „Wasze wysokobłahorodie, jedna szklanka wódki, to za mała porcja dla mnie ruskiego człowieka, proszę kazać służącemu, aby podał drugą szklankę takiej samej mocnej wódki”.
    Zasiedatiel kazał dać mu drugą szklankę wódki.
    Kiedy posileniec [* Z ros. - osiedleniec.] wypił dwie szklanki wódki, wtedy rozwiązał mu się język, wydał wszystkich spólników, należących do tej kradzieży i powiedział zasiedatielowi, gdzie co jest schowanem.
Zasiedatiel chcąc się przekonać, czy złodziej mówi rzeczywistą prawdę, wezwał do siebie kilku chłopów gminnych urzędników i Lublińskiego, a wziąwszy ze sobą owego złodzieja posileńca, poszli szukać skradzionych rzeczy. I tak: najprzód znaleźli cztery tysiące pięćset rubli schowane w szpary w owych stajniach u różnych czeczujskich chłopów. Bieliznę męską, żeńską, chustki i szale znaleziono w wielkiej beczce stojącej na ulicy przed jednym domem, przypruszone słomą i śniegiem. Dwa kufry, w których znajdowały się filtra, obrazy, garderoba, złote pierścionki, kolczyki, bransolety znaleziono zagrzebane w stogu siana stojącym niedaleko za wsią. Srebrne łyżki, łyżeczki, noże i widelce zostały przez złodziejów wrzucone w wielką zaspę śniegu przed pomieszkaniem gminnego pisarza Gregorija Romanowicza Pierzymskiego, które dopiero na wiosnę po stopnieniu śniegu znaleziono. Próżną szkatułkę rozbitą na rzece Lenie. Słowem, z całej tej kradzieży brakowało tylko trzysta rubli, a że złodzieje zapłacili szynkarzowi Ormianinowi za jedną kwartę wódki sto rubli, więc odebrano i te pieniądze. Dosyć, że Lublińscy ponieśli straty na siedemset rubli, bo zapłacili zaraz zasiedatielowi obiecane pięćset rubli, a dwieście rubli gdzieś się ulotniło i nie mogli ich znaleźć. Zasiedatiel otrzymawszy zapłatę od Lublińskich za wyszukanie skradzionego całego mienia, kazał zaraz wszystkich posileńców złodziejów zakuć w kajdany na obydwie nogi i odesłał ich pod ścisłą strażą do kireńskie-go więzienia.
    W kilka tygodni po tej kradzieży Lubliński ze swoją jedynaczką córką Zofią zrobili nam wizytę i prosili zarazem na wesele, które miało się odbyć we wsi Czeczujsku, a ślub w sąsiedniej cerkwi należącej do czeczujskiego prawosławnego proboszcza.
    Ponieważ dowieranny [* Dowieriennyj (ros.) - komisarz.] Iwan Pugaczow opowiadał mi kilka razy o różnych nieprzyzwoitych ceremoniach, jakie mają miejsce u Moskali i Sybiraków po ślubie nowożeńców, a właściwie po skończonej weselnej uczcie, przeto nie chcąc być świadkami tych pogańskich zwyczajów, podziękowaliśmy panu Lublińskiemu i córce jego za łaskawą pamięć i oświadczyliśmy, że nie możemy w tym razie służyć im z powodu braku odpowiedniego ubrania.
    Będąc bardzo ciekawym, w jaki sposób odbywają się cerkiewne obrzędy przy zawieraniu małżeństw pomiędzy Moskalami i Sybirakami, wybrałem się umyślnie tego samego dnia, w którym miał się odbyć ślub panny Zofii Lublińskiej z kireńskim kupcem, do sklepu kupca Koryszniowa, gdzie była owa cerkiew.
    Osłoniłem się dobrze moją bundą po same oczy, wszedłem do cerkwi przez nikogo niespostrzeżony, stanąłem sobie w kąciku przy samym piecu i uważałem na wszystkie cerkiewne obrzędy, jakie praktykują się przy zawieraniu małżeństw w prawosławnej moskiewskiej cerkwi. I tak: na samym środku cerkwi był postawiony niewielki stół nakryty białym obrusem, na stole stał mszalny kielich napełniony do połowy winem i leżały dwie malowane królewskie korony zrobione z płótna, czy też grubego papieru.
    Gdy weselny orszak zbliżał się ku cerkwi, prawosławny proboszcz Iwan Afanasiewicz, ubrany w świąteczny bidy ornat, trzymając krzyż w swym ręku, wyszedł do samych wielkich cerkiewnych drzwi na spotkanie nowożeńców. Wprowadził ich do cerkwi, a następnie zaprowadził do stojącego na środku cerkwi stolika.
    Kiedy nowożeńcy z popem zbliżali się do wspomnianego stolika, jeden oddział należący do weselnego orszaku rozłożył na podłodze przy samym stoliku dosyć dużą kolorową chustkę i kazał obojgu nowożeńcom stanąć na niej. Wtedy batiuszka Iwan Afanasiewicz obrócił się twarzą do nowożeńców i najprzód zapytał kawalera:
„Czy ma dobrą, a nieprzymuszoną wolę pojąć sobie za małżonkę tę dziewicę, którą tu przed sobą widzi?”
    Kawaler odpowiedział: „mam”.
    Batiuszka dalej go zapytuje:
    Czy nie ślubowałeś komu innemu wiary małżeńskiej? - kawaler odpowiedział: „nie”.
    Podobne pytania batiuszka czynił i pannie Zofii Lublińskiej i ta odpowiedziała tak samo słowo w słowo, jak narzeczony. Potem batiuszka obrócił się na powrót do stolika i zaczął śpiewać odpowiednie modlitwy. Następnie włożył nowożeńcom na palce złote pierścienie, dał im napić się trzy razy wina z mszalnego kielicha, włożył przygotowane korony na ich głowy, a oprowadzając trzy razy około stolika, śpiewał ze swym diakiem: „mnohoja lita, mnohoja lita, mnohoja lita” [* Polskie „Sto lat!”].
    Na tem skończył się cały ślubny obrzęd. Jak uważałem, to podczas tego ślubu batiuszka modlił się najwięcej za samego cara i jego rodzinę, a bardzo mało za samych nowożeńców.
    Moskiewscy nowożeńcy nie wykonywają żadnej przysięgi w obecności swego proboszcza na spełnienie względem siebie powinności małżeńskich. Dlatego też u prawosławnych Moskałów i Sybiraków sakrament małżeństwa jest mało ceniony i małżeństwo zawarte pomiędzy dwoma prawosławnemi osobami może być w każdym czasie i razie, bez żadnych trudności, rozerwanem. Jeżeli jedno z małżonków zostanie zesłanem do' Syberii na osiedlenie lub do ciężkich robót, to drugie pozostałe w swym rodzinnym kraju może zawierać z inną osobą związek małżeński jeszcze za życia zesłanej osoby.
    Na weselu panny Zofii Lublińskiej grał główną rolę dowierenny Iwan Tierentiewicz Pugaczow jako starosta wesela. Ponieważ Pugaczow był to człowiek żywego temperamentu i było go wszędzie pełno, więc jak tylko wszedł do cerkwi, spostrzegł mnie zaraz stojącego w kąciku przy samym piecu. Chociaż osłoniłem się swoją bundą po same oczy, jednakowoż poznał mnie, ukłonił się, uśmiechnął i pogroził palcem.
    Po skończonym ślubie wyszedłem prędko z cerkwi i pobiegłem do sklepu kupca Koryszniowa, u którego napiłem się herbaty i wyczekiwałem do tego czasu, dopóki cały weselny orszak nie pojedzie do wsi Czeczujska. Kiedy wszyscy już wyjechali ze wsi, wtedy wybrałem się w drogę i powróciłem w sam wieczór do domu.
    Nazajutrz rano dowierenny Pugaczow przysłał do mnie swą córkę prosząc, abym przyszedł do niego. Gdy wszedłem do pokoju Pugaczow przywitał się ze mną, poczęstował papierosem, zaprosił na herbatę, a uśmiechając się filuternie rzekł:
    „Ksiądz nie chciał być na weselu panny Zofii Lublińskiej, a po co był na jej ślubie w naszej prawosławnej cerkwi?”
    Zacząłem wypierać się, że nie byłem wcale na ślubie panny Lublińskiej, ale dowierenny rzeki:
    „Widziałem ja dobrze księdza stojącego w cerkwi w kącie przy samym piecu, który zakrył się umyślnie swoją bundą po same oczy, aby nikt go nie poznał. Wiemy dobrze, po co wy wszyscy Polacy chodzicie do naszej prawosławnej cerkwi, nie w celu modlenia się, ale przypatrujecie się tylko naszemu cerkiewnemu nabożeństwu, a jak powrócicie do swego rodzinnego kraju, to będziecie opisywać wszystko w swych polskich gazetach”.
                                                                          ROZDZIAŁ XI
                                                 [Przyjaźni Rosjanie i przesiedlenie do Tunki]
    Wspominałem już kilka razy w mojem opowiadaniu nazwisko Pugaczowych, przeto wypada z porządku rzeczy zaznajomić cokolwiek bliżej łaskawych czytelników z tymi zacnymi i poczciwymi ludźmi, którzy zasługują na chlubne wspomnienie.
    Iwan Tierentiewicz Pugaczew był mieszczaninem miasta Permy i opiekunem kireńskiego więzienia. Był to mężczyzna średniego wzrostu, dobrej tuszy, miłej fizjonomii, szlachetnego serca, w wieku około czterdziestu ośmiu lat.
    Pugaczew zajmował obowiązek pełnomocnika przedsiębiorczego towarzystwa pod firmą dwóch bardzo bogatych kupców Baśnina i Katyszewcowa, którzy zatrudniali dwustu ludzi nad wydobywaniem złota w witymskiej gminie, obok rzeki Leny.

    Obowiązkiem pełnomocnika było jeździć podczas zimy do różnych wsi, najmować po przystępnej cenie ludzi do wydobywania z małych rzeczek złotego piasku w przeciągu sześciu miesięcy, to jest od i kwietnia do i października. Nadto Pugaczew był obowiązany obejrzeć każdego robotnika, czy jest zupełnie zdrów i czy zdolny do ciężkiej pracy. Oprócz tego załatwić musiał z najętym człowiekiem i inne wstępne formalności, jako to: dać zadatek a conto roboty, odebrać u robotnika paszport i zapisać do sznurowej książki imię, nazwisko i miejsce zamieszkania tegoż.

    Gdy zbliżał się już kwiecień, Pugaczew zgromadzał najętych ludzi do Czeczujska, dawał każdemu po pięć rubli na podróż, jako też trzewiki, chałat, jedną cegiełkę herbaty ważącą dwa i pół funta i trzy bilety na otrzymanie sucharów z żytniego chleba, które były przygotowane dla nich w trzech wioskach po drodze między Czeczujskiem a Witymą.
    Za taki to urząd Pugaczew otrzymywał od owej firmy sześćset rubli rocznie, nadto za każdego najemnika dostawał rubla; dalej - miał darmo pomieszkanie, opał, papier, pióra, ołówki itp. kancelaryjne przybory. Gdy rozpoczęły się roboty w kopalniach, wyjeżdżał do Witymu A na całe sześć miesięcy.
    W tejże gminie było aż sześć towarzystw, czyli kompanii dobywających złoto. Pewnego razu spytałem Pugaczowa, co pełnomocnicy robią w kopalniach przez letnie miesiące? Odpowiedział mi na to:
    „Co mamy robić! Ot próżnujemy i nic więcej. Bawimy się, hulamy, pijemy, gramy w karty itd., a czasami odwozimy złoto do Irkucka lub udajemy się do Jakucka po m różne rzeczy potrzebne dla robotników”.
    Państwo Pugaczowie mieli dwie córki. Jedną już dorosłą pannę, imieniem Aleksandra, a druga liczyła zaledwie kilka tygodni swego życia. Na chrzciny tej małej córki ojciec wyprawił bal, na który zaprosił czeczujskę inteligencją, a w jej liczbie prawosławnego popa „błagoczynnego” (dziekana), proboszcza petropawłowskiej parafii, i nas trzech Polaków.
    Gdy zaproszeni goście zgromadzili się do Pugaczowych, na końcu przybył błagoczynny, na spotkanie którego wszyscy goście wyszli aż na dwór, my tylko jedni Polacy zostaliśmy w pokoju. Gospodarz wziął pod rękę swego dostojnego gościa i wprowadziwszy go do pokoju, przedstawił nam. Błagoczynny przywitał nas bardzo uprzejmie, a w czasie uczty i w ogóle przez cały wieczór był dla mnie ze szczególną atencją, nie wziął z tacy żadnego napoju ani pokarmu przede mną, i chociaż nie używałem żadnego napoju, byłem zmuszony przez niego brać kieliszek do ręki i dotknąć przynajmniej ustami, co miało znaczyć to samo, jakbym go wypił.
    W czasie tej uczty czeczujski pop Iwan Afanasiewicz, siedząc obok mnie, wdał się ze mną w dysputę religijną i czynił mi różne teologiczne zarzuty, a mianowicie o nieomylności papieża, o bezżeństwie katolickich księży, o tem, że odpusty w katolickim Kościele można kupić za pieniądze itd. Ja, rozumie się, ze swej strony zbijałem różnymi dowodami czynione nam zarzuty, ale trudno go było przekonać, bo był uparty i wielu rzeczy nie mógł nawet dokładnie zrozumieć. Błagoczynny, który przed kilku laty był profesorem w irkuckiem prawo-sławnem seminarium, podsłuchawszy naszą rozmowę, wstał szybko z krzesła i postąpiwszy ku nam, rzekł do popa:
    „Batiuszka, tu nie miejsce rozprawiać o religii, oni są starsi od nas prawosławnych”.
    Zawstydzony pop tem upomnieniem swego dziekana zarumienił się po same uszy, przerwał w tej chwili prowadzoną ze mną dysputę i stracił dobry humor. Ale od tego czasu nie zaczepiał mnie i nie wdawał się więcej w podobne rozmowy.
    Po balu, który trwał do północy, błagoczynny, żegnając się ze mną, prosił, abym odwiedził go we wsi Petropawłowsku i zabawił tam kilka dni. Jednakowoż nie uczyniłem zadosyć jego życzeniom, ponieważ Pugaczow ostrzegł mnie, że jeżeli kto podoba się błagoczynnemu i przyjedzie do niego w goście, to on zatrzyma gościa u siebie przez parę tygodni, pojąc wódką i nalewkami aż do skutku, to jest, póki cały zapas tego napoju się nie wyczerpie.
    Po takich i temu podobnych balikach, które dosyć często zdarzały się we wsi, miałem, wiele zaległości do odrobienia, bo dowierenny był zawsze uczestnikiem wszystkich zabaw i nic nie pracował, a potem musiałem z nim razem śpieszyć z załatwieniem wszelkich zaległości, jako to: pisaliśmy różne rachunki, odezwy i raporta i odsyłaliśmy takowe do kopalni złota lub do Baśnina w Irkucku, albo do Katyszewcowa w Petersburgu.
    Pewnego razu, wychodząc z pomieszkania mego pryncypała, spotkałem się z pięcioma moskiewskimi zesłańcami. Jeden z nich ujrzawszy mnie, zbliżył się i uchylając czapki, rzekł:
    „Jak się ma ksiądz?”
    Usłyszawszy te słowa, zdziwiłem się mocno, skąd ten Moskal może wiedzieć, że jestem księdzem i zapytałem go o to. Posieleniec uśmiechnął się i opowiedział, że na imię ma Mikołaj, i jest tym samym aresztantem, który szedł ze mną w jednej aresztanckiej partii z samej Moskwy aż do miasta Tomska. Posieleniec chciał mnie zupełnie przekonać, że zna mnie osobiście, zaczął przypominać mi różne swoje awantury, jakie zrobił po drodze na etapach, i tak: że wybił na jednym półetapie dwunastu żołnierzy i dwóch podoficerów; że robił na etapach na dniówkach fałszywe rosyjskie papierowe pieniądze dwudziestopięciorublówki i trzyrublówki; że: oszukał jednego etapnego oficera, wielkiego pijaka, na dwadzieścia pięć rubli; że miał zatargi z nauczycielem Zabawskim o mleko itd. itd. Po wymienieniu tych kilku główniejszych awantur, które miały rzeczywiście miejsce, jak przechodziłem przez etapy i byłem naocznym ich świadkiem, przypomniałem sobie zaraz owego aresztanta Mikołaja awanturnika. Widząc go bardzo zmienionego, mizernego na twarzy i pozbawionego na samym przodzie kilku zębów, zapytałem go, dlaczego tak źle wygląda. Odpowiedział, że chorował ciężko, że aresztanci zbili go bardzo w drodze i wybili mu kilka zębów na samym przodzie i w końcu rzekł:
    „Panie ksiądz! ja mam do was wielką prośbę”.
    A gdy zapytałem jaką, odpowiedział w te słowa:
    „Wiem, że wy, panie ksiądz, piszecie ciągle u dowierennego; ja chcę nająć się za robotnika do kopalni złota i mam zamiar jutro to uczynić. Przeto proszę was bardzo, panie ksiądz, abyście nie mówili dowierennemu, że umiem pisać i czytać, bo na tem wiele mi zależy”.
    Domyśliłem się zaraz, o co rzecz się rozchodzi i dlaczego posieleniec Mikołaj nie życzy sobie, aby kto w tych stronach wiedział o tem, że on pisze pięknie, jak litografią, i rozumie się, robi fałszywe rosyjskie papierowe pieniądze. Przyrzekłem mu, że nie pisnę do nikogo o tem ani jednego słówka.
    Nazajutrz po tej rozmowie, około godziny dziesiątej z rana, wspomniany wyżej posieleniec przyszedł rzeczywiście do dowierennego Pugaczowa, najmować się do kopalni złota. Zgodził się z dowierennym i miał otrzymać od niego zadatku osiemdziesiąt rubli a conto sześciomiesięcznej roboty w kopalniach. Gdy dowierenny kazał mu podpisać się własną ręką w sznurowej książce, ile pieniędzy otrzymał od niego na zadatek, posieleniec rzekł, że jest niepiśmiennym.
    Wtedy dowierenny Pugaczow odzywa się do niego w te słowa:
    „Kiedy sam nie umiesz się podpisać, to idź do gminnego urzędu i proś którego z pisarzy, aby przyszedł tu do mnie i podpisał się za ciebie, inaczej nie dam ci zadatku; albo proś ładnie, wskazując swą ręką na mnie, tego pana, to on podpisze się za ciebie, ale za to musisz mu zapłacić trzydzieści kopiejek, tak jak płacą mu wszyscy posieleńcy” [* Uwaga: Gminni pisarze brali od biednych robotników po 1 rublu za napisanie trzech wierszy w książce sznurowej; taniej żaden nie chciał podpisać ich nazwiska i ile który z nich otrzymał zadatku, a na końcu podpisywał swoje własne nazwisko. {przypis ks. Matrasia}.].
    Posieleniec Mikołaj zbliżył się do stołu, na którym pisałem, położył przede mną rubla i prosił, abym podpisał się za niego jako za niepiśmiennego w sznurowej książce. Po dopełnieniu tej wymagalnej formalności, chciałem oddać mu siedemdziesiąt kopiejek z rubla, a on nie przyjął takowych, tylko rzekł:
    „To panu należy się słusznie za jego pracę”. Poczem, otrzymawszy od Pugaczowa trzydzieści rubli zadatku, oddalił się.
    Gdy wszyscy robotnicy zgromadzili się w kopalni i zaczęli dobywać złotodajny piasek, pojawiły się w witymskiej gminie trzy fałszywe dwudziestopięciorublowe banknoty. Żandarmi i policyjni urzędnicy zaczęli śledzić, dochodzić i przeglądać w sznurowej książce własnoręczne podpisy zgodzonych robotników, aby takim porządkiem odkryć fałszerza. Lecz nikt nie domyślił się posądzać o to Mikołaja, jako niepiśmiennego.
    Wprawdzie ja w duchu byłem przekonany, że to jego sprawka, ale po pierwsze: byłem związany słowem, że nie wyjawię nikomu o tem, że on umie pisać, a po drugie: bałem się, aby mnie nie zgładzono ze świata w razie niedotrzymania obietnicy.
    Na początku 1865 [* Matraś pomylił lata, chodzi o początek 1866 r., kiedy to wysłano go z Czeczujska do Tunki.] roku dowiedzieliśmy się z pewnego źródła, że zarząd irkucki ma zamiar zgromadzić już do przeznaczonej miejscowości wszystkich politycznych więźniów, którzy, jak wyżej wspominałem, deklarowali się zająć rolnictwem. Ponieważ należałem do tej kategorii, więc zacząłem zawczasu przysposabiać się do wyjazdu z Czeczujska. Jakoż w krótkim czasie nadesłano z Irkucka do pietropawłowskiego gminnego urzędu rozporządzenie o translokacji mojej i wielu innych.
    Pisarz gminny, wywdzięczając nam się za to, że nauczyliśmy go grać w preferansa, zakomunikował nam wiadomość pod największym sekretem, dopóki ta nie zostanie urzędownie nam ogłoszoną.
    Pewnego razu, będąc u państwa Pugaczowych, zaświerzbiał mi język i nadmieniłem, że niezadługo ich pożegnam, ponieważ wyjadę z Czeczujska. Pugaczowie ogromnie byli zdziwieni tą niespodziewaną dla nich nowiną, zasmucili się i rzekli:
    „To być nie może, aby ksiądz tak prędko wyjechał ze wsi Czeczujska, chyba tylko żartuje sobie z nas lub też chce nas zasmucić i przekonać się, jakie ta wiadomość zrobi na nas wrażenie”.
    Lecz ja zapewniłem ich najsolenniej o mojem przesiedleniu i na dowód dodałem, że jest już o tem w gminie rozporządzenie. Naówczas gospodarz skoczył do gminnego urzędu, aby naocznie przekonać się o prawdzie słów moich, mnie tymczasem zatrzymano na herbacie.
    Po upływie nie więcej jak pół godziny Pugaczow, zdyszany i spocony, powrócił do domu i zaraz na wstępie rzekł do żony:
    „Tak, to prawda, ksiądz wkrótce nas opuści! Ale pamiętaj sobie, Dunia, gdyby mnie podówczas nie było w domu, masz księdza wyprawić w podróż tak, jak rodzona matka wyprawia swego ukochanego syna i zaopatrzyła go we wszystko”.
    W parę tygodni potem zawołano mnie do gminnej kancelarii i wręczono mi rozporządzenie naczelnika powiatu, abym stawił się natychmiast do Kireńska. Gołowa gminny prosił mnie przy tem grzecznie, abym za dwie godziny był gotów do podróży. Ja zaś nie chcąc się narażać na dziewięciomilową nocną podróż, a także na pośpiech w pakowaniu manatków, uprosiłem sobie zwłokę do rana dnia następnego.
    Nazajutrz wstałem bardzo wcześnie i natychmiast wziąłem się do pakowania mojej podróżnej torby, a gdy to załatwiłem, jak świt udałem się do znajomych z pożegnaniem. Najprzód poszedłem do popa Iwana, następnie do gminnego pisarza, a na ostatku do moich dobroczyńców i prawdziwych przyjaciół, państwa Pugaczewych.
    Gdy wszedłem do nich i opowiedziałem, co mię sprowadza o tak wczesnej porze, gosposia i jej córka rozpłakały się na cały głos, zaczęły zbierać różne produkta potrzebne do podróży i same przyniosły je w kilkanaście minut do sanek, którymi miałem odjechać. Przy samym zaś odjeździe zobowiązały mnie, abym koniecznie widział się w Kireńsku z panem Pugaczewym, który tam dotąd przed kilku dniami wyjechał.
    Pożegnawszy tedy wszystkich, wyruszyłem w drogę w towarzystwie starszyny do Kireńska i tam przybywszy, udałem się natychmiast do isprawnika [* Isprawnik - naczelnik powiatu.] Raczkowskiego, ale na moje nieszczęście nie zastałem go w domu - wyjechał przed kilku dniami w objazd swego powiatu, tylko zastępował go w urzędowaniu niejaki Troickij, któremu polecił Raczkowski wysłać mnie do Irkucka tak zwaną „sielską”, to jest wiejską pocztą.
    Wiejska poczta różni się od rządowej tem, że wstępuje po drodze do wszystkich gminnych urzędów i zabiera prywatne listy, posyłki, różne prośby, rządowe raporta, które mają być odesłane do gubernialnego lub powiatowego miasta. Rządowa zaś poczta nie zatrzymuje się w gminnych urzędach ani we wioskach.
    Jadąc do Kireńska, nie wiedziałem wcale, do której z dwóch gmin zostałem przeznaczony na osiedlenie jako sybirski rolnik i gospodarz. Jakże zdziwiłem się, gdy Troickij oświadczył mi, że zostałem przeznaczony na stałe pomieszkanie do wsi Tunki, dokąd irkucki generał-gubernator ma zgromadzić wszystkich księży rozproszonych po całej wschodniej Syberii i płacić miesięcznej pensji po trzy ruble każdemu księdzu.
    Wszyscy urzędnicy winszowali mi i mówili, że jadę do ziemskiego raju, który jest gdzieś blisko chińskiej granicy. Gdy zapytałem ich, gdzie mianowicie leży wspomniana wieś, sami nie wiedzieli dokładnie jej położenia, a twierdzili tylko, że leży niezawodnie w irkuckiej guberni. Zresztą czy tak, czy owak, cieszyłem się, że będę mieszkać w towarzystwie kilkudziesięciu rodaków księży. Tymczasowo zaś korzystając z udzielonego mi posłuchania, prosiłem pana Troickiego, aby pozwolił mi odwiedzić polskich więźniów stanu zamkniętych w kireńskiem więzieniu.
    Troickij nie uwzględnił mojej prośby i oświadczył mi stanowczo, że nie może mi pozwolić na to, zwłaszcza że jestem katolickim księdzem. Gdy przedstawiłem mu, że mam w ich liczbie kilku bliskich znajomych i chciałbym koniecznie z nimi pomówić, zapytał mnie, jak się zowią ci znajomi. Ponieważ kompletnie nie wiedziałem, kto się znajduje w więzieniu, odpowiedziałem na chybił trafił, że chcę widzieć się z Kwiatkowskim. Na moje szczęście był w tej liczbie rzeczywiście niejaki Polak Kwiatkowski.
    Zasiedatiel zapotrzebował pomienionego więźnia do kancelarii dla widzenia się ze mną.
    Gdy przybył Kwiatkowski, dowiedziałem się od niego, że w więzieniu jest około stu politycznych więźniów, którzy są bardzo udręczeni ciężką robotą, jako to: rąbaniem drzewa w lesie i zwłóczeniem takowego do więzienia, przy tem karmią ich nadzwyczaj nędznie i nie puszczają ani na krok z więzienia bez wojskowej straży. Wreszcie pokrzepiwszy Kwiatkowskiego życzliwem słowem, udałem się na nocleg do przeznaczonej mi kwatery.
    Nazajutrz rano wezwano mnie do urzędu, gdzie Troickij dał mi z rządowej kasy jednego rubla na wikt za dni dziesięć, a pięć rubli, które miano mi wypłacić na miejscu, i wszystkie moje papiery doręczył starszynie i wyprawił mnie sielską pocztą.
    Ponieważ z Kireńska do Irkucka jest 143 mile polskie [* Ponad 1200 km.], więc według rządowej instrukcji etapnej miałem przebyć tę przestrzeń w przeciągu trzydziestu dni, a że wyprawiono mnie pocztą, przejechałem ją w dwa tygodnie.
    W połowie drogi pomiędzy Kireńskiem i Irkuckiem, w karnym zakładzie Uskuta spotkałem politycznego więźnia Francuza, niejakiego pana Cordie z Warszawy, który został razem ze swym dorosłym synem zesłany do Syberii. Staruszek był osądzony na osiedlenie, a syn jego do ciężkich robót w zakładzie Uskuta [* Zapewne chodzi o Aleksandra i Włodzimierza Cordie. W rejestrach zesłanych w AGAD o Aleksandrze, lat 63, zanotowano, że był zwolniony ze służby wojskowej w pogranicznej straży, należał do organizacji narodowej w Warszawie, służył w partii Żychlińskiego, za co skazano go na osiedlenie; o Włodzimierzu, lat 28, że był prywatnym geometrą, szlachcicem z guberni warszawskiej, powstańczym oficerem i naczelnikiem żandarmów wieszających, skazanym na katorgę.].
    Pan Cordie opowiadał mi, że podawał prośby do generał-gubernatora, aby pozwolono mu było mieszkać w tejże miejscowości, gdzie syn jego ciężko pracował, ale nie uwzględniono jego starań i musiał mieszkać we wsi o trzydzieści wiorst oddalonej od karnego zakładu. Nadto Cordie opowiedział mi, że Polacy pracujący ciężko w zakładzie Uskuta nie chcieli pójść do roboty w uroczystość Bożego Narodzenia podług nowego stylu. Komendant zakładu, chcąc ukarać trzech z nich jako przywódców, a w tej liczbie i syna Cordie, dla przykładu innych, kazał zakuć ich w kajdany, powiększył karę każdemu o kilka lat i wysłał pod ścisłą strażą za Bajkał do nerczyń-skiego karnego zakładu, i to tak śpiesznie, że staruszek Cordie nie zdążył przyjechać do Uskuty dla pożegnania syna, którego nie mógł się spodziewać w swem doczesnem życiu oglądać, ponieważ był już sędziwym starcem.
    Przenocowałem w osadzie Uskuta razem ze staruszkiem Cordie w domu poczmistrza, naszego rodaka, który, wskutek nietrzeźwego stanu, nie mógł tego samego dnia przygotować moich papierów i wyprawić mnie w dalszą podróż. Nazajutrz rano pożegnałem staruszka Francuza i poczmistrza, i wyruszyłem w dalszą drogę.
    Przybywszy po kilku dniach do Irkucka, zajechałem wprost do ziemskiego sądu, gdzie też udzielono mi pomieszczenia na parę dni mojego pobytu w owem mieście. Nocując pierwszą noc w przeznaczonym dla mnie pokoju, usłyszałem około godziny pierwszej przeraźliwy krzyk jakiegoś człowieka na ulicy, który został napadnięty tuż obok sądu przez rabusiów i wzywał ludzi na ratunek. Zbudziłem zaraz dyżurnego urzędnika i dwóch stróżów i prosiłem, aby wyszli na ulicę i obronili nieszczęśliwego człowieka. Lecz z uśmiechem odpowiedzieli:
    „Niech ginie jak pies, kiedy włóczy się w nocy po mieście!”
    W połowie drogi pomiędzy Irkuckiem a Tunką, zjeżdżając z wysokiej góry zwanej przez Buriatów Szamanką do wsi Kułtuka, położonej nad samym Bajkałem, młode konie, którymi jechałem, spłoszyły się w lesie i wskutek tego rozbiegawszy się, wywróciły bryczkę, a ja wypadłem na ziemię ze wszystkiemi manatkami. Szczęściem, że wypadek ten oprócz kilku guzów i zadraśnień nie zostawił po sobie jakiego większego kalectwa.
    Czterdzieści wiorst drogi przed Tunką spotkałem w dumie (urząd gminny) dwóch księży: Benedykta Bugienia i Kazimierza Giedrojcia, dążących także do Tunki, przyłączyłem się do nich i razem udaliśmy się do miejsca osiedlenia.
                                                                ROZDZIAŁ XII
                                                 [Pośród księży osiedleńców w Tunce]
    Znalazłszy się we wsi Tunce, zajechaliśmy wprost do pomieszkania naszego przyszłego naczelnika, kozackiego oficera Płotnikowa [* Matwiej Płotnikow, kapitan.], który przyjął nas bardzo grzecznie i zawiadomił, że ma na składzie w swym spichrzu różne produkta potrzebne do życia, które sprzedaje po umiarkowanej cenie i przeznaczył dla nas dom kozaka Bobkowa na pomieszkanie, jako rządową kwaterę.
    We wsi Tunce zastałem już trzydziestu trzech księży przysłanych z krasnojarskiej guberni, w tej liczbie było dwóch znajomych mi jeszcze z rodzinnego kraju: ksiądz Walenty Pajdowski, kanonik lateraneński z miasta Kraśnika, i ksiądz Dionizy Tronowski, franciszkanin z Puszczy Solskiej, lubelskiej diecezji...
    /Matraś S. Podróż do Syberii po moskiewskich etapach w 1863 i 1864 roku. Opracował i wstępem oparzył Eugeniusz Niebelski. Lublin 2007. S. 157-233./